RSS
 

Dziekuję Wszystkim <3

07 gru

Bardzo dziękuję Wszystkim którzy czytali moje wpisy na blogu, była to dla mnie istna terapia, być może komuś moje wpisy pomogły. Dużo się dzięki temu nauczyłam, zrozumiałam i tym samym mogę iść naprzód, kroczyć dalej drogą Mojej Kochanej Duszy. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, uwagi, nawet te krytyczne, ponieważ rozwijają mnie i powodują że ciągle coś w sobie odkrywam.

Dziękuję z całego serca. Moja droga blogowania zakończyła się. Synchronią jest to że Onet.pl zamyka portal blog.pl dlatego od 1 lutego 2018 roku bloga już nie będzie. Zniknie.

Nie czuję potrzeby aby przenosić gdziekolwiek wpisy, ponieważ ten etap i dla mnie jest zakończony. Zaczynam również coś od nowa. Kto miał tu być i przeczytać moje wypociny, ten był, kto miał nie być, ten nie był. Ja ufam temu i zawierzam. Stąd też bardzo dziękuję Czytelnikom, ktokolwiek nim był.

Jednocześnie żegnam się z tą częścią mojego doświadczenia, żegnam się z Wami, czytelnicy. Czas na następny krok, czas na kolejny etap.

Dziękuję, Dziękuję, Dziękuję <3 <3 <3 <3

 
 

Jesienne refleksje o życiu

27 paź

Trees Walk Long Walks Autumn Orange Crunch Day Gold Leaves Bamboo Forest 3D Wallpaper

Od wielu lat słyszę, że każda burza przynosi deszcz, a po każdej burzy wychodzi słońce. Łatwo powiedzieć, zacznij od nowa, co masz do stracenia. Jednak kiedy burza trafia piorunem raz po raz, to nie jest tak łatwo podnieść się kolejny raz.

Do tej pory myślałam, że te pioruny mnie zabiją, rozniosą, że polegnę i nie pójdę dalej. Jednak zawsze moim mottem wbrew pozorom było: nie poddawaj się. Od niedawna dodatkowo w trudnych bardzo chwilach mówię: dasz radę. No bo co mi pozostaje?

Myślałam, że życie ma być idealne, cukierkowe, szczęśliwe, piękne, ot tak, bez niczego. Człowiek przychodzi na świat i ma być szczęśliwy. Nasłuchałam się bajek. Oj nasłuchałam. I uwierzyłam. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jednak Życie kładzie mi kłody pod nogi. Z jakiegoś powodu. Psioczę. Klnę jak szewc. Buntuję się. Złoszczę. To moja pierwsza reakcja.

Jednak dziś rano pomyślałam sobie: hmmm…a może właśnie tak ma być? Może Życie specjalnie mi kładzie te kłody pod nogi? Może ma w tym jakiś sens, jakiś cel? Może chce mnie czegoś nauczyć?
Może mam się do tego już przyzwyczaić?

Tak naprawdę to nic mnie lepiej nie hartuje jak wyzwania. Drogi „bez wyjścia”. Tunele bez drzwi, ściany bez okien. Pudełka bez wyłazu. Bo, o dziwo, Życie wie lepiej ode mnie, czego naprawdę potrzebuję. Może faktycznie ja siebie nie znam? Może mi się tylko wydaje, że wiem kim jestem? A tak naprawdę Życie codziennie mi to weryfikuje? Czy o to chodzi? Nie mam pojęcia.

Wszystkie straty, opuszczenia, samotności, beznadzieje, może nie są bez powodu? Skoro przychodzą? Tak bardzo się zawsze tego bałam, ale może jest pod tym jakaś siła? Jakaś moc, której nie widzę? Może właśnie to ma mnie zahartować? Może warto się przestać nad sobą użalać?

Może właśnie to co tracę, to dla mnie prezent, może dar? Może ja czegoś nie widzę, co powinnam właśnie zobaczyć? Może mam coś w zasięgu ręki, a tego nie widzę? A może po prostu mam uwierzyć w swoją siłę i zrobić krok naprzód?

Przecież Życie nie jest głupie, wie co robi.

Za każdym razem kiedy Życie przewraca mi wszystko do góry nogami, tracę pewność siebie. Poczucie bezpieczeństwa. Niszczy mi moje iluzje, pewność, że będzie tak i tak, gwarancję na tzw. dobre życie. Tylko sama nie wiem, czy jest na to jakakolwiek gwarancja. Może właśnie prawdziwe bezpieczeństwo polega na niepewności, nieprzewidywalności i zaufaniu w proces Życia. Jakikolwiek by on nie był.

Iluzje o tym, że życie powinno być idealne, puściły jak bańka mydlana. Już wiem, że takiego nie ma. Bynajmniej nie w takim mniemaniu, jakie miałam. Nie tak, jak sobie o tym myślałam.

Stal hartuje się w ogniu, tak jak ja ostatnio. To wszystko co było „pewnikiem” runęło.

I może właśnie dlatego mam uwierzyć, że to wszystko po coś się dzieje? Po coś to jest? Może właśnie mam się nastawić, że co jakiś czas będę traciła, to wszystko na czym tak bardzo mi zależy? Może mam zobaczyć, że nic mi żadnej gwarancji nie da? Może takie sytuacje mają mnie obudzić?

Rozum przyjął własne rozumowanie życia, świata, a Życie za każdym razem to „spiernicza”. Co sobie poukładam w głowie, to za chwilę Życie mi to rujnuje. I tak się zastanawiam, czy ja Życiu faktycznie otwieram drzwi? Czy tylko udaję? Czy warto poddać się temu, co się dzieje i dziać będzie? Nawet jeśli co chwilę wiatr wieje w oczy?

W tym wszystkim, w tym całym chaosie kto ma dać radę, jak nie ja? Nikt za mnie tego nie zrobi. No bo jeśli już nikt mi ręki nie poda, to co wtedy? Kto mnie podniesie? Mogę to zrobić tylko ja. Nikt więcej, tylko ja. I może właśnie w tym kryje się ta siła, o której nie wiem, dopóki nie dowiem się, jak trudy hartują mnie samą.

A Życie? Chyba ciągle mnie uczy, ciągle mi wywraca wszystko do góry nogami po to żebym coś zobaczyła, coś sobie uświadomiła, coś czego do tej pory nie widziałam. Może to nie jest Jego błąd? Może ma to mieć taką formę? Może Życie naprawdę mnie Kocha? Skoro to wszystko przyjmuje taki, a nie inny obrót?

Podejrzewam że moje życie może być szczęśliwe, ale zapewne nie wygląda to tak, jak do tej pory o tym myślałam. Zapewne pokaże mi jeszcze nie raz swoje Prawdy, które nijak się mają do tego, o czym ja wiem.

 
 

Kiedy byłam ofiarą losu…

05 paź

ławka

Kiedy byłam ofiarą, na dodatek perfekcjonistką, wszystko kontrolowałam. Chciałam żeby było tak, jak ja chcę (jak chce moje ego). Ciągle jęczałam, marudziłam, płakałam. Ciągle było coś nie tak. Ciągle miałam jakieś „chciejstwa”, roszczenia, ciągle jakieś „ale”. Zachowywałam się jak roszczeniowa „gówniara”. Brakowało mi pokory. Brakowało mi innego spojrzenia. Długo kręciłam się w kółko.

W pewnym momencie zajrzała do mojej świadomości akceptacja. Zajrzała samoświadomość. Zajrzało spojrzenie z wyższej perspektywy. I okazało się, że można reagować inaczej. Można zacząć funkcjonować inaczej.
Spokój nie jest dla wybrańców. Można go sobie „wypracować”.

Nagle okazało się, że sprawy, które dawniej budziły we mnie emocje, mogą zostać załatwione spokojnie. Inne nastawienie, inna energia, świadomość spokoju, naprawdę czynią cuda. Okazało się, że jęczenie, marudzenie znikło.

Mając zaufanie, przekonanie że i tak będzie dobrze, cokolwiek się wydarzy, wraca spokój. Z pozycji spokoju, zrozumienia, sprawy mogą potoczyć się inaczej, życie może zacząć wyglądać inaczej.

Jeśli coś nie idzie po mojej myśli, to przecież zawsze jakaś lekcja z tego wyniknie. Zawsze się czegoś nauczę i zawsze czegoś dowiem o sobie. To tylko doświadczenia. Ciągła ta sama emocjonalność w niczym nie pomaga, a wręcz sprawia, że stoję w miejscu. Jeśli chcę zrobić krok naprzód, konieczne jest, abym zobaczyła swoje nawyki i funkcjonowanie z innej perspektywy.

Ostatnio coraz częściej dotykam spokoju, uczę się wyciągać wnioski i stawiam kolejne kroki. I o dziwo działa. Coś, co dawniej sprawiało mi ogromną trudność, nagle działa. Dlaczego? Bo wychodzę z pozycji spokoju. Cokolwiek chcę zrobić, wychodzę z pozycji spokoju. Akceptacji. Poczucia, że dam radę. I zrozumienia, że cokolwiek się wydarzy, będzie to dobre dla mnie i zawsze się czegoś nauczę. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Akceptacja to trudny temat, szczególnie jeśli dokucza komuś nawyk „roszczeniowego dziecka”. Ja powinnam, mi się należy, dlaczego ja, dlaczego mnie, inni mają, a ja nie…itd itd…
Takie zachowanie (szczególnie nie mając świadomości) powoduje wiele trudnych emocji. Przechodziłam przez to (czasem zdarzy się, że dopadnie mnie roszczenie). W takich chwilach bardzo trudno o rozwagę, o spokój, o zrozumienie. Roszczeniowe dziecko chce i koniec. A to roszczeniowe dziecko to nieukochane dziecko. Po prostu. Nie rozumiejące podstawowych praw życia.

Najważniejsze prawo to takie: że cokolwiek odchodzi (w jakikolwiek sposób), czy w postaci śmierci osób, czy straty rzeczy (w jakikolwiek sposób), to nie ma to nic wspólnego z tym kim jesteśmy. Coś przychodzi, coś odchodzi, to naturalna kolej rzeczy w przyrodzie. Niestety człowiek tak bardzo przywiązał się do rzeczy i do ludzi, że zapomniał o tym, kim jest. Emocjonalna strona, często ta nieukochana bierze górę i…są emocje.

Dzieje się tak po to, abyśmy nauczyli się nie przywiązywania do rzeczy, do ludzi. Cieszyli się, gdy są, ale umieli pozwolić odejść, gdy przyjdzie na nich czas. Trudne, ale możliwe. I nie ma to nic wspólnego z tym, co sami sobie wymyślamy: że byliśmy tacy, owacy, że nie zasłużyliśmy, że trzeba było to i tamto… Gówno prawda (za przeproszeniem). Na niektóre „odejścia” jakkolwiek byśmy się starali, stawali na głowie, to i tak nie mamy wpływu. Po prostu nie mamy. Trzeba to po prostu zaakceptować. I uświadomić sobie, jakie emocje w nas wywołują. I czy bez tego co odeszło, potrafimy żyć. A potrafimy, tylko nam się wydaje, że nie. Naszemu ego się wydaje, że nie. Bo nasza Istota (nasza Boskość) wie, że potrafimy. I zazwyczaj staje się wolna.

Kiedy tracimy rzeczy materialne, bez których wydaje się nam, że nie przeżyjemy, wówczas pojawiają się skrajne emocje. To także cenne doświadczenie mówiące o nas samych. Z czasem można się z tym pogodzić. Jednak najważniejsze jest to, żeby zrozumieć, jakie emocje dana rzecz wywołuje. Jakie odczucia daje, kiedy dana rzecz jest. I czy bez tej rzeczy możemy również czuć się dobrze, szczęśliwi, radośni, spokojni?

Jest to na pewno wyższa szkoła jazdy, ale przychodzi czas, że i takie doświadczenia przyjdzie nam zrozumieć. Owszem, materia jest nam potrzebna ale przywiązania do niej już nie. Utrata materii daje okazję do wejścia na wyższy poziom świadomości. Zobaczenia siebie w innym świetle, a przede wszystkim tego, że jako Boskość, nic nam się nie stanie, gdyż wykreujemy nowe.

I tak już na koniec:

Przywiązania powodują, że bardziej skupiamy się na tym co zewnętrzne, a nie na tym co wewnętrzne. Bardziej zależy nam na tym, aby nie stracić, niż na tym co możemy zyskać. Jesteśmy przywiązani, roszczeniowi, kontrolujemy, zapominając, że w każdej chwili wszystko może się zmienić. Zawalić. Trzymamy się wszystkiego kurczowo, ale to może odejść w każdej chwili. Pytanie, co wtedy zostaje? Kto zostaje? Czy naprawdę jest sens by się tak emocjonować tą stratą? Walczyć? Co tak naprawdę daje Ci dana strata, dane odejście? Co możesz wtedy zrozumieć? Na co zwrócić uwagę? Co staje się najważniejsze? Co stracone rzeczy Ci tak naprawdę dawały? Czy aby na pewno poczucie bezpieczeństwa? Jakie masz odczucia, kiedy Ci tych rzeczy brakuje? Czy bez tego co tracisz możesz żyć? Możesz inaczej żyć? Możesz zacząć na nowo żyć? Możesz się czuć podobnie, jak wtedy gdy miałeś to, co straciłeś? Czego tak naprawdę Ci brakuje? Dlaczego wszystko tracisz? I co tak naprawdę zyskujesz, kiedy wszystko tracisz?

 
 

Dawać czy nie dawać, brać czy nie brać?

08 sie

173-przeciwienstwo-dawać-brać

Odkąd pamiętam, zawsze uczono mnie by dawać, dzielić się tym co mam. Obojętnie czy mam czy nie, mam się dzielić. Nieważne, jak się z tym czułam, miałam się dzielić i koniec. Jako dziecko niewiele rozumiałam, no to dawałam, to co miałam. Dzieliłam się tym co miałam. Szkoda tylko, że nie zawsze otrzymywałam tyle, ile chciałam. I szkoda, że nikt mnie nie zapytał o zdanie czy ja tego chcę. Masz dawać i koniec. Bujda na resorach. W tym kościelna niestety również.

Życie poszło własnym torem, a ja „naiwna dziewczynka z dobrego domu” dalej dawałam. Czas, uwagę, siebie, pomoc, pieniądze, moje cenne przedmioty, dzieliłam się wszystkim co miałam. Wystarczyło do mnie przyjść, a ja już w drzwiach rozdawałam. Dopiero dzisiaj widzę, jaka byłam naiwna. Dawanie nie jest złe, pod warunkiem, że wie się, gdzie są granice tego rozdawania. Ja tego nie wiedziałam. Ludzie brali co chcieli, wykorzystywali mnie w pewnym momencie, bo skoro Basia daje, to trzeba brać. No i brali. Nieważne czy ja chciałam, czy nie, brali, czasem na siłę, czasem szantażem, manipulacją, ale brali, to co chcieli. I niestety wzięli. W każdym aspekcie życia to dawanie przebrało swoją miarę, ale ja tego nie widziałam. Ludzie mnie okradali, a ja tego nie widziałam.

Kiedy nie miałam pieniędzy, to dawałam ostatnie złotówki na szczytny cel. Nie miałam pojęcia czy on był szczytnym czy zwykłym oszustwem, trzeba dawać i koniec. To dawałam. Byłam naiwna. Moja naiwność sięgnęła takich granic, że byłam święcie przekonana, że moja „szczodrość” będzie wynagrodzona, jak nie tutaj na ziemi to w niebie. Boże, to dopiero jest naiwność!!! Ale jak się słucha naiwnie nie tych co trzeba, to tak jest. No bo przecież jak oddasz, to wróci pomnożone. No tak, wróci, tylko pytanie kiedy, jak się klepie biedę przez lata i człowiek myśli, że musi dać sobie radę sam. Fakt, obcy ludzie nie raz mi pomogli, jestem im za to wdzięczna, ale nie pokładałabym takiej nadziei w tym, że jak komuś coś dasz to na pewno wróci pomnożone. Bo jeśli nie wróci, to co? Rozczarowanko? Pomyśl o tym…

Obecnie są to dla mnie bzdety i mówię to z pełnym przekonaniem. Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze: wszechświat jest Obfitością, już na sam początek, w momencie naszego przyjścia na ten świat. I kiedy człowiek jest otwarty, to wszystko co potrzebne samo wpada do koszyka pod nazwą życie. Po drugie: jeśli ktoś w swoim wnętrzu ma harmonię, porządek, właściwe przekonania, to nie ma takiej opcji, żeby Życie się o niego nie zatroszczyło. Po prostu nie ma! I nie ma znaczenia ile dał czy nie dał dla innych. Jak ma focha to da, jak ma innego focha to nie da. To nie zależy od jakichś wymysłów innych osób tylko od tego, co dana osoba ma w sercu, no i w co wierzy. Jeśli daje się z poczucia obowiązku, czy dziwnego mniemania, że jak ja dam to na pewno kiedyś też otrzymam, to błagam, lepiej wcale nie dawać. Natomiast jeśli osoba czuje, po prostu w głębi serca czuje, że chce dać ot tak po prostu, bo tak czuje, to wtedy jest to prawdziwy Dar, moim zdaniem. I to jak dla mnie bardziej się liczy.

Po wielu latach poszukiwań odpowiedzi na pytania: dawać czy nie dawać, mam swoje osobiste przemyślenia.

Dawanie z serca powoduje również branie z przyjemnością. Działa to w obie strony. Ale te obie strony muszą zostać wewnętrznie uzdrowione. Tak samo podczas dawania, tak i przyjmowanie powinno być nacechowane swobodą, ufnością spokojem i wdzięcznością. No i wiarą, że otrzymam to co chcę. Jeśli tego nie ma, to branie jest chciwością, lękiem i nie ma nic wspólnego z miłością.

Temat trudny, ale przyszedł do mnie w tym ważnym okresie. Zastanawiałam się jak to u mnie jest i właśnie stąd te spostrzeżenia. Nie daję już wszystkim wszystkiego, wyznaczyłam granice. Nie wspieram wszystkich naokoło, bo nie jestem Caritas. A poza tym nauczyłam się dawać najpierw sobie. Ja chcę mieć zaspokojone najpierw swoje potrzeby, ponieważ nigdy nie były, a dopiero potem są inni ludzie. Naprawdę trzeba siebie ukochać i postawić na 1 miejscu, to jest ogromnie ważne. Jak tego nie ma, to rozdawnictwo za bezcen będzie się ciągnąć przez lata. Uważam, że nawet jak się ma dzieci, to mimo wszystko dbanie o siebie musi być na 1 miejscu, ponieważ od dobrego wewnętrznego samopoczucia płynie siła i moc do opieki nad dziećmi. A nie na odwrót, jak to często matki sądzą. Kiedy matka padnie z przemęczenia, dzieci same się sobą nie zaopiekują – jeśli są małe oczywiście.

I jak to we wszystkim trzeba mieć umiar. Nie dawać wszystkiego wszystkim i o każdej porze, ani nie brać z chciwości wszystkiego co dają, bo to też nie ma nic wspólnego z prawdziwą potrzebą wewnętrzną. Dawania z serca, wtedy kiedy warto, można się nauczyć, tak jak i brania z miłością, wdzięcznością i przyjemnością.

Jedni nie umieją dawać, inni brać. Jedni nie umieją brać, inni dawać. Ot, taka nasza cenna nauka. Dlatego najpierw zadaj sobie pytanie: Czy umiesz dać sobie, najpierw sobie, tak żebyś był/-ła wewnętrznie spełniona, szczęśliwa i zaspokojona? Myślę, że to podstawa również do tego, aby nauczyć się brać, ale brać też tyle, ile faktycznie na dany moment jest potrzebne, ani nie gromadzić na zapas, bo to też nie jest oparte ani na miłości ani na ufności, tylko na lęku.

Życzę każdemu, aby czuł się wewnętrznie dobrze ze sobą, kiedy ma dać lub też w momencie, kiedy ma brać. Dziękuję.

 
 

Czy życie może być seksualne?

25 lip

z17842425II,orgazm

W ten pochmurny, deszczowy dzień naszła mnie znowu refleksja o życiu. Od rana nie mogę znaleźć sobie miejsca i ciągle chodzę i szukam. Szukam i szukam i właściwie nie wiem, czego szukam. Już widzę nawet, że dawniej to już bym coś zajadała. Od jakiegoś czasu już tego nie robię, wiem że to jakiś głód emocjonalny, jakaś potrzeba woła o uwagę. Swoją drogą zajmując się emocjami, chudnę z okolic brzucha, ud i pupy. Dziwne? Dla mnie już nie.

Cały czas chodzą mi po głowie te zmarnowane lata, szczególnie lata 2011-2014, kiedy to nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić i robiłam cokolwiek byleby zarobić, oczywiście na siłę. Po drodze kilka przypałętało się chorób, niemoc w okolicy kręgosłupa, a od 2014 roku totalny chaos w psychice, jaźni i „opętania”.

I nagle uświadamiam sobie: Boże, jakie to wszystko jest harmonijne! Jak to układa się w całość, kiedy nagle zdaję sobie sprawę, dlaczego! Przecież te 3 lata to był efekt zanegowania moich gorących pragnień i odsunięcia się od swoich marzeń, od swojego serca, od swojej Duszy.

Nie ma przypadków. W jakiś sposób Dusza musiała mi zakomunikować, że zbłądziłam i że nie tędy droga. Absolutnie! Stąd te choroby fizyczne, psychiczne, duchowe (depresja jest chorobą Duszy). Nawiązując w tym momencie do wiedzy Faridy Sorany, już wiem, że mój Duch pragnął kontaktu ze mną, szalał z niemocy, bo byłam aż tak nieświadoma! Boże, co ja sobie zrobiłam! Wpędziłam się nieświadomie we własne więzienie, we własne kajdany!

On pragnął życia, ruchu, zmian, przyjemności. To tak jak w seksie, tam też jest ruch, przyjemność, ekstaza, rozkosz, orgazm. Pamiętam, że już mając 13 lat zaczęłam się interesować seksem, seksualnością, czułam swój popęd dosyć szybko. Były lata, że nie mogłam przestać myśleć o seksie (Panowie, nie tylko Wy myślicie o seksie ;) ) i ciągle tego pragnęłam. Dziś wiem, że pragnęłam nie tyle co orgazmu czy mężczyzny, ale tego uczucia spełnienia, błogości, no i ruchu. A na ten ruch mogłam sobie pozwolić głównie latem, na wakacjach, i wtedy to był okres, kiedy naprawdę byłam przeszczęśliwa!

Właśnie dlatego moje życie stało się „śmiercią” przez ostatnie 3 lata, bo ten ruch życia był zanegowany. Nie było w nim przyjemności, wolności, wyzwań, nowości, radości, wszystko jakby zamarło. Wkradła się nuda, monotonia, codzienność, marazm, stres i depresja. Duch się wkurzył, zaczął szamotać, zaczął być agresywny, demoniczny i w efekcie czułam „opętanie”.

Dopóki byłam w ruchu, dopóki spełniałam swoje pragnienia, moje życie było ruchem, rozkoszą, spełnieniem, było wszystko ok. To mi właśnie bardzo pokazuje, jak bardzo życie jest seksualne, bo kiedy jest spełnienie, to jest rozkosz, błogość, jest ruch, są zmiany, jest po prostu istny orgazm! Tak, życie także może być orgazmiczne! Tak swoją drogą, jeśli ktoś ma nadmiar energii seksualnej, to jest to znak, iż potrzebuje ogromnego ruchu w życiu, zmian, szerokiego działania w materii, być może bycia w szerokiej grupie ludzi. Ta energia ma ogromną moc i wiele mówi o człowieku! Popęd to nie tylko ciągła ochota na seks, to również ochota na życie w pełnym jego wymiarze! To ochota na przeogromną rozkosz z życia, które to Siła Wyższa dała na ten czas!

Myślenie i tak ogromne pragnienie seksu miało przywołać moje serce, moją Duszę, a przede wszystkim mój rozum na ponowne tory mojego życia. Miało uzmysłowić mi, czego ja chcę, czego pragnę, tak z głębi serca i otworzyć się na to. Dlatego te ciągłe myśli o seksie, dlatego ciągłe żarty o seksie, dlatego wszystko kojarzyło mi się z seksem. I myślałam, że nie mogę bez tego żyć! No tak, bo bez seksualności w życiu nie można żyć, to jest wegetacja, nie życie! Bo seksualność to życie. To ruch, to zmiana, to wyzwania, to wszystko to, co nowe, ekscytujące, szalone, co kojarzy się z wolnością, radością i bajką.

Tak jak seks dodaje skrzydeł, tak życie samo w sobie ma dodawać skrzydeł. Ma być rozkoszą, ma być żywotne, tętniące, radosne i przepełnione energią, ruchem. Dopóki tak jest, to Duch jest szczęśliwy. I napędza człowieka do zmian, dodaje energii i popycha ku nowemu. Kiedy jest harmonia, jest wszystko, nawet droga się sama otwiera.

Nie ma przypadków, tak więc te ostatnie moje choroby są darem. Kontuzja kolana jest darem. Brak sił witalnych jest darem. Marazm i depresja jest darem. Niemoc kręgosłupa jest darem. Bo stawia mnie na nowe tory mojego życia. Jak wykrzesać z siebie na nowo energię? Czuciem. Pragnieniem zmiany. Pragnieniem tętniącego życia.

Ja już wiem czego chcę w najbliższych miesiącach. Nie wiem jeszcze jak to zrobić, ale wiem, że tego chcę. I dowiem się jak i zrobię to. Po prostu. Wiem, że Dusza mi powie, bo Ona wszystko wie. Ona naprawdę wszystko wie. Wystarczyło, że dokopałam się do głębin pragnień i powiedziałam im TAK. Powiedziałam im tak, na powrót tego, co dawniej zanegowałam a wciąż to wracało. To nie tylko wspomnienia, ale i cenne marzenia bardzo z tym związane. Jak wiadomo, każdy ma swoje. Ważne, by nie bać się je realizować, bo tylko wtedy życie ma sens. A umierając się wie, że życie było spełnieniem. I odchodzi się z tego świata z uśmiechem na ustach.

Czeka mnie wymiana dowodu osobistego. Wiem, że to znak, symbolika zmian. Wiem, że jak wymienię dowód na nowy to coś się zmieni, we mnie się zmieni, a to poprowadzi mnie ku temu, czego chcę. A chcę tego, czego sobie odmówiłam w latach 2011-2014, bo zanegowałam możliwość zrobienia tego, przestałam wierzyć w moc realizacji, zwątpiłam. (Zostawię to dla siebie co to jest, niech te pragnienia jeszcze dojrzeją przez ten najbliższy czas).

Na pewno widzę, że wszystko układa się jak w puzzlach, ma sens. Nawet jeśli wydawałoby się, że nie ma. Ale ma. Dusza nigdy nie ustąpi, będzie ponaglać, bo każdy z nas chce tak naprawdę kroczyć swoją własną indywidualną drogą. Bo życie chce być seksualne, sensualne, tętniące, orgazmiczne, radosne, żywe, i zaczynam wierzyć, że to nie jest tylko bajka, ale może być prawdą. Nawet, jeśli okazałoby się, że nikt w to nie wierzy, tylko ja. :)

 
 

Edukacyjna bajka o jabłkach i windzie

21 lip

biancaneve

Była sobie dziewczynka o imieniu Asia, która uwielbiała jabłka. Wiedziała, że jest jedno miejsce, gdzie może je znaleźć. Codziennie rano szła w to miejsce i zrywała swoje ulubione na tamten czas jabłuszka. Wydawało jej się, że smakowały wyśmienicie, gdyż znała tylko ten smak. Przez jakiś czas jadła tylko i wyłącznie te jabłka, ze swojej „ulubionej” jabłoni.

Po jakimś czasie sąsiad zamontował windę. Na początku Asia nie miała pojęcia co to jest. Winda była dziwna, ponieważ wystarczyło na nią wejść, a ona sama jechała w górę. Początki były takie, że Asia patrzyła na windę, dotykała ją, oglądała. Nie miała pojęcia do czego służy, ani co się stanie gdy na nią wejdzie. Jej lęk i opór na ten moment były silniejsze. Bardzo długo omijała windę, lękając się jej, dlatego pozostała tylko przy zrywaniu swoich jabłek.

Pewnego dnia Asię dopadła ogromna ciekawość. Nie miała pojęcia skąd się to wzięło, ale coś czuła, że dziś odkryje coś zupełnie nowego. Jak codziennie rano, poszła pod swoją jabłonkę. Zanim zaczęła zrywać swoje ulubione jabłuszka, spojrzała na tę windę, która dziwnie się do niej uśmiechała. Asia zaczęła mieć takie właśnie wrażenie.

Patrząc tak uważnie na tę windę, nagle Asia stwierdziła, że jednak na nią wskoczy. „A co tam!” Pomyślała. Zobaczymy, co się wydarzy. Ni stąd ni zowąd Asia znalazła się o piętro wyżej. Wyskoczyła z windy i okazało się, że na tym pietrze są inne jabłonie niż znała do tej pory. Nie tylko z jabłuszkami małymi i lekko zielonymi, ale i z lekko czerwonymi, a nawet bardziej słodszymi. Z ogromnej ciekawości zaczęła zrywać te jabłuszka poznając ich zupełnie odmienny smak, niż ten który znała do tej pory.

„Ojej, jakie pyszne!” – stwierdziła po kilku kęsach. Oczywiście nie wiedziała tego, dopóki nie wjechała na wyższe piętro. Tak jej się to spodobało, że przez kilka kolejnych dni zrywała tylko te jabłka z pierwszego piętra. Ten smak był już nieco inny, więc mogła porównać, które jej lepiej smakują.

Będąc już bardziej odważną dziewczynką, stwierdziła, że znowu wskoczy do windy, a ta zawiozła ją na drugie piętro. Dziewczynka wyskoczyła z niej i zobaczyła, że na drugim pietrze są nie tylko jabłonie, ale i grusze. Oniemiała z wrażenia. „Ojej, co to takiego?” zapytała nieśmiało. Podeszła, powąchała jabłka, gruszki, lekko chwyciła i nagle same wpadły jej do rąk. Mały lęk jej jeszcze podpowiadał, by nie ruszała tego, bo nie wiadomo co to za owoc, ale jej serce podpowiadało, żeby jednak spróbować. Długo się wahała, nie wiedząc czego posłuchać, rozumu czy serduszka.

Jednak po wielu próbach, posłuchała serduszka i ugryzła soczyste jabłuszka i cudowne słodkie gruszki. Tak jej posmakowało, że właściwie zapomniała o tym co już znała. Nie chciała wracać do dawnych smaków, bo poczuła zupełnie inny aromat. Pachnące, świeże, rumiane, słodkie, zaspokajały jej głód o wiele bardziej niż dawne jabłuszka. Asia była zachwycona nowym odkryciem. Mogła się nim nacieszyć jeszcze przez jakiś czas, będąc dumna, że się odważyła na ten krok.

Po jakimś czasie znowu myśl nie dawała jej spokoju, gdzie ta winda może zajechać. Gdzie jest jej koniec? Gdzie ona dalej pojedzie? Ze strachem w oczach któregoś dnia wsiadła do windy i kazała jej pojechać jak najwyżej. Dużo nie minęło, a winda zatrzymała się na sporej wysokości. Właściwie niewiele było widać patrząc w dół. Przede wszystkim Asia nie mogła napatrzeć się tymi nowymi widokami. Roześmiane oczy, ciekawość dziecka była ogromna i trwało to dłuższą chwilę. Wiedziała, że ten obraz zapamięta na długo. Być może na zawsze.

To jednak nie był koniec niespodzianki. Kiedy obróciła się w drugą stronę, zobaczyła, że rosną przepiękne jabłonie, grusze, z bardzo dorodnymi jabłuszkami, gruszkami, a gdzieś między nimi kwitną krzewy malin. Nie miała pojęcia, co to jest, więc zaczęła wszystkiego po trochu próbować. Nie sądziła, że będzie to tak pyszne, tak soczyste, tak słodkie. Uświadomiła sobie, że to jest właśnie ten smak, którego nieświadomie poszukiwała. Tak, to jest to! To jest to czego szukałam! Krzyknęła z ogromną radością w oczach! Zajadała się tym wszystkim, aż rozbolał ją brzuszek, ale nie z przejedzenia, tylko radości i szczęścia, jakie zaznała w tym momencie.

Wiedziała, że znalazła to czego chce, to co ją w pełni zaspokoiło i wiedziała, że od teraz będzie jeździła windą tylko na najwyższe piętra, bo już wie, że tylko tutaj czekają na nią najlepsze owoce. Te, które dają jej przyjemność, zaspokajają smakowe kubki i wypełniają brzuszek po brzegi. Asia była z siebie dumna, bo przy okazji pokonała lęk przed windą, a ta odwaga nagrodziła ją niezwykłym nowym smakiem, który okazał się właśnie tym, czego naprawdę z serduszka pragnęła.

Koniec bajki.

A morał z bajki jest taki, że im wyżej sięgasz, tym więcej lub lepiej, lub bardziej smakowite dostajesz.

Czasami jest tak, że wydaje nam się, że to co znamy, to co widzimy, to po co sięgamy każdego dnia, jest tym czego chcemy, tym co zaspokoi nasze pragnienia. Nie mając pojęcia o tym, że możemy wspiąć się wyżej, codziennie sięgamy po to samo. Jednak w pewnym momencie przychodzi jakaś pobudka, jakaś chęć poznania czegoś innego, nowego. Czasem zwyczajne: chcę czegoś więcej! Lub mocne: Mam dosyć już tego!

I wtedy pojawia się ta „winda” która prowadzi nas po inny „smak”, po inne pragnienia, inne doznania, inne marzenia, jeśli tylko odważymy się na nią wskoczyć. Kiedy tylko uda nam się przekroczyć lęk, zdobyć się na odwagę, mamy szansę aby odkryć to co siedzi w nas głęboko, w sercu, w duszy. Czasem jest to tylko 1 krok, czasem winda potrafi pojechać wyżej, ale zależy to od nas, od naszych pragnień ale i niestety ograniczających lęków. Kiedy odważymy się maksymalnie, wtedy możemy poznać „smak” naszego życia, o jakim do tej pory nie mieliśmy pojęcia.

Nagle okazuje się, że to co było codziennością, to było zupełnie czymś innym niż to czego pragnęła dusza. Dlatego warto wskoczyć do windy, wzbić się na wyżyny naszych pragnień, marzeń, uwierzyć w siebie, odważyć się na nowy, czasem zupełnie odmienny i niespodziewany krok, aby zobaczyć swoje życie, świat z zupełnie innej perspektywy. Warto pokonać lęki aby poznawać nowe smaki życia, doświadczyć czegoś zupełnie nowego, innego, bo być może to co odkryjemy, jest właśnie tym czego naprawdę w głębi duszy pragniemy. A wtedy na pewno nie będziemy chcieli wrócić do dawnego, starego życia.

KONIEC <3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Moja Twórczość

 

„Jak zaprzyjaźnić się ze swoją Intuicją?” Kurs dla początkujących

04 lip

Witaj Czytelniku :)

Dlaczego wielu ludzi prowadzi spokojniejsze, bardziej zharmonizowane życie, używając do tego niewielu narzędzi, a właściwie żadnych i mimo to czują się wewnętrznie spełnieni?

Jak to jest, że jedni ludzie potrafią przechodzić przez trudny dnia codziennego z ogromną siłą, a inni poddają się lub też uciekają w uzależnienia?

Dlaczego wielu ludzi wie, skąd wziąć siłę do codziennych trudności, radzenia sobie z życiem, a inni szukają, szukają, próbują dawać sobie radę i mimo to nic im nie wychodzi?

Jest to tylko kilka pytań, które możesz sobie zadawać, ja również to robiłam jeszcze wiele lat temu. Działo się dopóty, dopóki nie poznałam bardzo ważnej informacji.

Co się dzieje, kiedy Twoje odpowiedzi są niezadowalające?

Być może jesteś sfrustrowany, być może wpadasz w depresję, być może złości Cię to że szukasz, szukasz i nadal Tobie nic nie pomaga.

Pamiętaj, nie ma złotej różdżki, która załatwi za Ciebie wszystkie problemy, ale jest pewne narzędzie, bardzo osobiste i indywidualne, które może Ci pomóc i poprowadzić. Jest ono doskonale skonstruowane dla Ciebie, tak, że kiedy zaczniesz je stosować, to z czasem zobaczysz właściwe rezultaty.

Ja świadczę własnym przykładem, dlatego wiem, że ta najlepsza „metoda” na pewno działa.

Jest tylko jeden warunek: trzeba stosować te narzędzia jak najczęściej, aby sprawdzić, aby przekonać się, że naprawdę to pomaga. To TY masz mieć przeświadczenie, że Tobie to pomaga!

Ja mogę jedynie pokazać Ci, czym to narzędzie jest, mogę pokazać Ci, jak je używać, ale reszta należy wyłącznie do Ciebie!

Przygotowałam dla Ciebie kurs, w którym pokazuję jak możesz wykorzystać to podstawowe narzędzie, które tak naprawdę masz w zasięgu ręki. O czym mowa?
O korzystaniu ze swojej Intuicji.

Wiem, że jest na ten temat wiele różnych informacji, niestety nie wszystkie są prawdziwe. Chcę Ci pokazać, krok po kroku, jak możesz z Niej korzystać, dla własnego dobra.

Co z tego będziesz miał/-a?

Na pewno zobaczysz, czym tak naprawdę jest ta Intuicja, dzięki czemu przestaniesz wierzyć w zabobony na jej temat.

Sprawdzisz na własnej skórze jej prowadzenie i samemu przekonasz się czy to działa.

Otrzymasz 9 wartościowych, opartych na moim doświadczeniu życiowym lekcji, z których dowiesz się od czego zacząć, jak stosować wszystkie kroki, jak możesz zmienić patrzenie na swoje codzienne życie.

Przekonaj się że to działa, bo ja wiem, że działa dla każdego człowieka, pod warunkiem że ma świadomość tego, że Intuicja jest i że to nie jest coś wymyślonego, tylko naprawdę się Jej wierzy.

A tak naprawdę przedstawiam wartościową wiedzę, która ma pokazać Tobie, że nie jesteś pozostawiony sam/-a sobie, tylko jest coś, co faktycznie może pomóc, nawet jeśli nie masz znajomych, przyjaciół, czy rodziny. Nie jesteś pozostawiony sam sobie, ponieważ Intuicja to dar dla człowieka. Niestety nie każdy z tego korzysta. Dlaczego? Bo niewiele o Niej wie!

Już teraz w tym momencie przekazuję Ci bardzo cenne klucze, z których i ja korzystam na co dzień, dlatego masz pełne moje przekonanie o tym, że to co daję Tobie, jest naprawdę wartościowe.

Dzięki znajomości tych zasad, które opisuję w kursie, w tych 9 lekcjach, dzięki informacjom jakie tam zawarłam, będziesz mógł/-mogła krok po kroku stosować te cenne lekcje w swoim życiu. Z czasem Twoje życie stanie się bardziej spokojne, ponieważ już będziesz wiedział, czym się kierować, jakie podjąć decyzje, a przede wszystkim będziesz wiedział, które są dobre!

Co to oznacza?

Oczywiście spokój wewnętrzny! Tak, to czego ludziom brakuje, ponieważ problemy potrafią piętrzyć się bez opamiętania! Nie gwarantuję Ci życia totalnie szczęśliwego, bez problemów, bo tak się nie da, ale mogę pokazać Ci jak w huraganie problemów, możesz zachować spokój i przejść przez nie z wiedzą której do tej pory być może nie miałeś. Ta wiedza gwarantuje Ci naprawdę właściwe rozwiązania, bez głowienia się, tak jak do tej pory być może robiłeś.

Odkąd korzystam z rad, które Tobie pokazuję, uspokoiłam się, moja nerwica zmalała, wyszłam z depresji, ponieważ zobaczyłam sens życia i przede wszystkim nie boję się na nowo układać sobie życia. Mam ogromne poczucie wsparcia, opieki, oparcia i wiem, że cokolwiek się będzie działo, wszystko potoczy się właściwie i dla mojego dobra.

Powiem Ci tak w zaufaniu, że nie znam lepszej metody niż mądre korzystanie z Intuicji i tego co Ona ma do zaoferowania. A ma wiele i o tym właśnie mówię w swoim kursie.

Jak już wspomniałam przygotowałam dla Ciebie 9 cennych lekcji, w każdej poruszam inną kwestię. Nie jest to tylko typowy teoretyczny kurs, ponieważ pokazuję Ci, jak możesz z nich korzystać w życiu, na co dzień. Pokazuję, jak te lekcje możesz praktykować – natomiast od Ciebie zależą wyniki.

Podaję w kursie mnóstwo przykładów z własnego życia i życia moich bliskich po to, abyś zobaczył że naprawdę to działa. Otworzyłam się dla Ciebie bardzo mocno, dlatego że chcę dzielić się tym co wiem i co doświadczam na co dzień. Czasem trudno w coś uwierzyć, tym bardziej że Internet jest pełen różnych informacji.

Każda z tych lekcji przedstawia inną kwestię z którą możesz się zapoznać. Możesz pobrać zarówno 1 jak i wszystkie lekcje naraz, jeśli chcesz. Przy każdej jest krótki opis, abyś wiedział, czego dotyczy.

I równie ważne: jeśli poczujesz wdzięczność za ten dar wiedzy, dar energii, jaką Ci przekazałam z samego serca, jeśli kurs Ci się spodoba i w wyrazach wdzięczności zechcesz przekazać jakąkolwiek darowiznę za tę wiedzę, to możesz to zrobić, przelewając swój dar finansowy na moje konto.
Mój numer konta: 31 1140 2004 0000 3102 4073 9497 (mBank)
Wystarczy że w tytule wpiszesz: Darowizna
Za wszystkie dary z góry serdecznie dziękuję.

Zapraszam do kursu:

Wstęplink do pobrania

Lekcja 1link do pobrania

Lekcja 1 jest o tym, jak nawiązać kontakt z Intuicją za pomocą obrazów, skojarzeń, kolorów, rysunków, czyli jak artystyczna część w Nas wzywa do kontaktu z Intuicją :)

Lekcja 2link do pobrania

Lekcja 2 mówi o tym, jak słowo pisane może być użyte do nawiązania kontaktu z Intuicją. Jak pisanie pomaga w tym aby otworzyć się na własną Intuicję :)

Lekcja 3link do pobrania

Lekcja 3 jest o rozmowach z Intuicją, dlaczego to takie ważne aby i w taki sposób nawiązać z Nią kontakt :)

Lekcja 4 - link do pobrania

Lekcja 4 jest o tym, jak uczucia wewnętrzne na TAK lub NIE pomagają w podejmowaniu decyzji :)

Lekcja 5link do pobrania

Lekcja 5 mówi o intuicyjnym widzeniu, czyli jakie znaki charakteryzują Intuicję, jak się nimi kierować i dlaczego są takie ważne :)

Lekcja 6link do pobrania

Lekcja 6 mówi o tym, jak Intuicja prowadzi do odkrywania talentów i darów które człowiek otrzymuje już z dniem urodzenia, jak je odkrywać i dlaczego są w życiu tak ważne :)

Lekcja 7link do pobrania

Lekcja 7 mówi o tym, dlaczego kontakt z przyrodą ma ogromny wpływ na kontakt z Intuicją :)

Lekcja 8link do pobrania

Lekcja 8 jest o przyjemnościach dla Ciała, gdyż w zdrowym, spokojnym, harmonijnym Ciele, zdrowy Duch i harmonia Duszy :)

Lekcja 9link do pobrania

Lekcja 9 mówi o tym dlaczego warto swoją wiedzą, spostrzeżeniami i odkryciami warto dzielić się z innymi ludźmi :) I co to ma wspólnego z Intuicją :)

Podsumowanielink do pobrania

Cieszę się, że mogę dzielić się swoją wiedzą o czym bardzo ważnym dla mnie i jeśli korzystasz z kursu, również bardzo mnie to cieszy. Oby Ci posłużyła ta wiedza, czego serdecznie Ci życzę :)

Z pozdrowieniami słonecznymi dla Ciebie Czytelniku :)

Barbara Dudzicz

P.S W razie pytań zapraszam do kontaktu pod adres: asando5@interia.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Moje kursy

 

Czego się lenisz! Rusz ten tyłek!!!

02 lip

to_nie_jest_lenistwo_2015-10-23_23-29-40

Dzisiaj Pani Wiesława zainspirowała mnie do napisania tego artykułu. Jestem Jej bardzo za to wdzięczna. Mianowicie chodzi o lenistwo. Odkąd pamiętam, mi nie wolno było się lenić. Za każdym razem kiedy tylko na chwilę się położyłam, czy usiadłam, to słyszałam: znowu siedzisz? Czego nic nie robisz? Rusz tyłek! Rób coś, nie siedź tak, znowu siedzisz!

Oczywiście nie mając świadomości, że mam prawo do lenistwa, ruszałam tyłek i robiłam co mi kazano. Nie patrzyłam na to czy ja tego chcę, tylko szłam i robiłam. Nieważne, że byłam zmęczona, wszystko mnie bolało, a kręgosłup dawał do wiwatu. Musiałam coś robić i tyle. Nie wiedziałam tylko dlaczego po wielu latach ciało się zbuntowało i zaczęło chorować. Dziś wiem.

Kiedy oblałam pierwszy semestr studiów na technicznej uczelni, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Oczywiście nie zdążyłam odpocząć, a usłyszałam: albo pójdziesz jeszcze raz na studia, albo rusz się do pracy! Mając 20 lat nie miałam jeszcze ochoty pójść do pracy, chciałam poczuć ten powiew młodzieńczej wolności. To poszłam ponownie na studia. Po latach żałowałam tej decyzji. Była ona nieprzemyślana, niezgodna z tym co naprawdę wtedy czułam. Skończyłam te studia, ale nie znalazłam pracy w tym kierunku. I życie potoczyło się w innym kierunku. Jedyne co mi szkoda, to tych zmarnowanych 4 lat, które mogłam wykorzystać inaczej.

Oczywiście po studiach, nieświadoma tego, że żyję pod cudze dyktando, także robiłam to co inni chcieli. A to babcia coś nakazała, a to matka, a to ojciec, a to dziadek. I tak słuchałam wszystkich wokół i próbowałam ułożyć sobie życie pod ich dyktando. Na szczęście los się odwrócił i w 2007 roku wyjechałam do Szczecina, z dala od nich. To był pierwszy oddech z dala od domu po to, abym poczuła, że to co ja chcę, ma znaczenie. Niestety podświadome wzorce były na tyle silne, że kiedy wróciłam, to i one wróciły.

Przez te wszystkie lata, mało było sytuacji, w których ja siebie pytałam czego ja chcę. Nikt też mnie o to nie pytał. Wszyscy wokoło narzucali mi swoje „widzimisię”, bo każdy wiedział lepiej co dla mnie jest dobre. Totalnie pogubiona, nieszczęśliwa, przeskakiwałam z gałązki na gałązkę, myśląc że to czy tamto da mi upragnione szczęście. Popróbowałam wielu rzeczy i fakt, tego nie żałuję. Ale nie dało mi to spełnienia, o jakim marzyłam.

Dopóki nie zaczęłam uczyć się od nowa, że to ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre, byłam wiatrakiem na wietrze, którego przestawiało się z kąta w kąt. No bo inni wiedzą lepiej! Ciągle to słyszałam. Ale jak ktoś może lepiej wiedzieć ode mnie, skoro mnie nie zna?

Wbrew pozorom rodzice też mnie nie znali, bo nie usiedli mną na spokojnie i nie porozmawiali. Nie znali moich planów, marzeń, pragnień, nie mieli pojęcia czym się interesuję, co lubię, co mnie kręci, do czego ciągnie. Jaki tryb życia mi pasuje. Nie mieli pojęcia, co chcę tak naprawdę robić, a co dopiero wesprzeć w tym. Tradycją były nakazy, zakazy i „rób to co ja Ci mówię, co ja każę!” Wiec skąd mogłam wiedzieć co jest dla mnie dobre?

Aby widzieć czego chcę, musiałam zacząć na nowo to odkrywać. I tak dla wiadomości Pani Wiesławy: nie znoszę pracy etatowej (8-10 godzin) – bo nie jest dla mnie. Popracowałam w takim trybie przez kilka miesięcy i wiem że to nie dla mnie. Po prostu ja tego nie czuję!

Mam silną osobowość wolności i czy to się komuś podoba czy nie, będę wolna. I mimo, że na nowo się tego dopiero uczę i odkrywam na czym to polega, mam prawo popełniać błędy. Mam prawo chwilowo siedzieć kątem u rodziców, mam prawo dowiadywać się co jest dla mnie a co nie. Mam prawo uczyć się, skąd biorą się pieniądze i mam prawo patrzeć jak „inni marnują sobie życie na własne życzenie, nieświadomie”.

Opinie innych ludzi są ważne, pod warunkiem że są konstruktywne, pomocne, wspierające, pomagające, podnoszące na duchu, pokazujące kierunek. Jeśli są typową krytyką, to przykro mi bardzo, ale mój upór podpowiada mi, aby jednak słuchać siebie.

Lenistwo jest potrzebne, ponieważ pozwala odkryć prawdziwą naszą osobowość. Dopiero podczas totalnego relaksu można sprawdzić, jakim rodzajem osobowości jesteśmy. Jak długo lubimy spać, jaki tryb życia prowadzić, jak długo coś robić bez dłuższej przerwy, jak szybko się męczymy, jaki rodzaj działania lubimy. Podczas pracoholicznej pracy trudno się tego dowiedzieć, moim zdaniem.

Poza tym praca nie gwarantuje posiadania pieniędzy. I wiem co mówię, bo doświadczyłam tego w swoim życiu. Pracowałam i kasy nie widziałam, było i tak. Nie pracowałam, a pieniądze spadały mi z nieba, było i tak. I faktycznie, od dziecka uwielbiałam lenistwo. Tylko nie rozumiałam, dlaczego dorośli mają z tym taki problem.

Dziś wiem. Nauczono nas, że trzeba iść do pracy, zarabiać pieniądze, bo bez tego nie można żyć, nie można opłacić rachunków – bla bla bla… tak, wierzymy w to, bo tak nas nauczono.

Ja jednak doświadczam czegoś innego i ma to związek z nadchodzącym 5 wymiarem (informacje o 5 wymiarze są w internecie, zapraszam). I wiem, dlaczego kocham lenistwo. Otóż, w 5 wymiarze, świadomość jest zupełnie inna. Absolutnie nie ma tam ciężkiej, żmudnej, długiej pracy, nie ma tam typowego zarabiania pieniędzy. Świadomość 5 wymiaru to lekkość, swoboda, robienie tylko tego na co ma się ochotę, a przede wszystkim: otrzymywanie. Aby to wchłonąć trzeba uwierzyć, że tak jest.

I dopiero jak w to uwierzymy, zobaczymy 5 wymiar. I tego właśnie mam doświadczy. Po latach bólu, zagubienia, cierpienia, pracoholizmu, nerwicy, depresji, szczerze? Mam dosyć! Nie chcę tak żyć! Ja ten 5 wymiar już czułam, gdy byłam dzieckiem, choć nie miałam pojęcia, że będę musiała zatoczyć koło żeby sobie uświadomić, że chcę żyć lekko, swobodnie, radośnie!

I w nosie mam to co powiedzą inni ludzie. Niech każdy żyje, jak chce. Ja chcę wolności, radości z życia, a nie pracy i zarabiania pieniędzy. Pieniądze się otrzymuje, nie zarabia. I ja się tego chcę uczyć. Otrzymana wolność, mimo że aktualnie okupiona tym, że mieszkam u rodziców, wiele mi pokazuje. Daje mi czas, bym ogarnęła to wszystko na nowo, zaakceptowała swoje lenistwo, prawo i potrzebę lenistwa, wolności i nauczyła się, że mogę się lenić, być wolną gdziekolwiek będę, a jednocześnie wszystkie moje potrzeby będą zaspokojone.

Temat nie jest taki hop siup, jeśli podświadome programy są bardzo silne, ale wiem że da się wyjść ze starych paradygmatów. Ja akurat potrzebuję na to czasu, który dano mi właśnie teraz. I co z tego że mieszkam u rodziców? Może tak ma być chwilowo? Czy to jakiś grzech? Kto powiedział, że muszę już od razu być na swoim? A może z jakiegoś powodu nie jestem gotowa? A może potrzebuję ponownego zbudowania solidnych podstaw wewnętrznych, aby się znowu nie pogubić i ze strachu już nie wrócić po raz kolejny? Czyż Siła Wyższa byłaby tak głupia, żeby zrobić mi na złość i nie wiedziała, jakich lekcji potrzebuję?

Nie! I ufam jej! Kiedy idzie się za znakami, ufa boskiej drodze, to akceptuje różne wydarzenia, sytuacje, nawet jeśli komuś one mogą się nie podobać. Czasami naprawdę nie wiemy dlaczego znajdujemy się w danym miejscu, ale czujemy podświadomie że jest to dla nas dobre. I ja tak właśnie czuję. Mam wolność, mogę się lenić, mogę wreszcie spokojnie wrócić do zdrowia, do równowagi, do poczucia siły i tego, że dam sobie radę.

A jak będę gotowa, wyjdę do świata. I to moja decyzja, kiedy to będzie.

Nikt nie będzie mi mówił co mam robić, bo tylko ja wiem przez co przechodzę, jak to trudne jest dla mnie, dlaczego się lenię i jaki bagaż przychodzi mi otworzyć i go przerobić na nowo. Tak łatwo kogoś ocenić, nie znając jego historii…. Ale też i cenna lekcja, przede wszystkim pokazująca jak trzeba ufać sobie, sobie i tylko sobie, temu co się czuje, co się wie.

Tak wiele razy zdradziłam siebie, oddałam swoją moc innym, że czas aby przestać tak robić. Skoro ja wiem, co czuję, ja wiem, czego chcę, czego pragnę, to tylko ja wiem jaką drogą mam kroczyć i jak ma to nastąpić. Tylko ja. I tu leży ponowne zaufanie do siebie, temat krążący cały czas.

Nie wińmy się za to że mamy ochotę na lenistwo. Bo jakbyśmy naprawdę, szczerze, ufnie, prawdziwie sobie zaufali to wielu z nas naprawdę pozwoliłoby sobie na prawdziwe lenistwo i byśmy zobaczyli, że świat się od tego nie zawali. A nawet więcej, poukłada się na nowo. W zupełnie inny sposób.

 
 

Dlaczego moje dziecięce marzenia prysły jak bańka mydlana?

02 lip

0006MZNQKOPIFMUG-C122-F4

Kiedy była mała, uwielbiałam się bawić. Moich zabaw nie było końca. Wymyślałam zabawy na potęgę, a pomysłowość na nie była iście nieskończona. Nie było dnia, żebym czegoś nie wymyśliła, tak ogromny potencjał we nie drzemał. Byłam przeszczęśliwa, że mogłam się bawić, ot tak, tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Oczywiście zabawy były nieograniczone, na tyle, na ile sięgała moja pomysłowość i wyobraźnia. Dla mnie nie było granic, nie znałam słowa „nie mogę, limit, to nie dla mnie”, sięgałam po to co chcę, stwarzając sobie genialne warunki do zabawy i bawiąc się tym co często sama stworzyłam. Moja kreatywność dziecięca była niezwykła. A ja jako dziecko uradowane.

Do czasu….

Pamiętam, że któregoś dnia matka z ojcem czegoś mi zabronili. Zaczęli krzyczeć i dostałam lanie. Tamtego dnia, pamiętam zaczął się mój mały dziecięcy, niczym nieograniczony świat walić. Wszelkie nieograniczone możliwości zaczęły pękać jak bańka mydlana.

Zaczął się okres limitów, zakazów, nakazów, ograniczeń. Już nie sięgałam po wszystko co chciałam, bo tego nie wolno, tamtego nie wolno. Zaczął się okres: nie ruszaj, nie dotykaj, zostaw to, to nie dla ciebie, nie dostaniesz, nie mam pieniędzy, idź sobie stąd, nie umiesz, nie potrafisz, no i co zrobiłaś itp. Na moją dziecięcą bezczelność rodzice mieli swój sposób szantażu: kara.

Uwierzyłam, że mi nie wolno, stając się mocno zamkniętym i nieśmiałym dzieckiem. Po wielu latach widzę, że być może ta jedna sytuacja zaważyła na tym jak się zachowywałam przez kolejne lata. Cicha, zamknięta, straciłam wiarę i pewność siebie, nieśmiała i poczułam się słaba. Kiedy szłam do nowej szkoły, płakałam, trzymając się mamy spódnicy. Pamiętam, że chciałam wrócić do domu.

Szantaż emocjonalny w postaci nakazów, zakazów, kar trwał przez wiele wiele lat. Jako nastolatka, uciekałam z domu, ale i to bywało mi odcięte, kiedy matka zamykała mi przed nosem drzwi i biła kablem do prawie krwawych ran. Oczywistym jest, że wstąpił we mnie ogromny strach, lęk, nerwica, które szły ze mną za rękę, aż do momentu, kiedy nie zaczęłam „się budzić”.

Te trudne doświadczenia wywarły ogromny wpływ na mnie, moją psychikę, moje przekonania, również o własnej wartości. Uwierzyłam, że nic nie mogę, nie nie potrafię, nic mi nie wolno, nie mam prawa sięgać po swoje. A władczość matki stawała się zbyt silna, żebym mogła temu sprostać.

Po wielu latach, czyli będąc dorosłą i gotową by spojrzeć na to inaczej, widzę coś innego.

Szantaż emocjonalny który kończy się tzw. karą, to nic innego jak próba manipulacyjnego wpływu na innych, aby robili to, czego chcemy. To próba zatrzymania drugiego człowieka, aby był przy nas bez względu na wszystko. To zahamowanie aby ta druga osoba czasem nie odeszła, nie poszła w swoją stronę.

Szantaż emocjonalny to krzyk: nie zostawiaj mnie! Nie poradzę sobie bez ciebie! Nie dam bez ciebie rady, nie mogę bez ciebie żyć! To ogromne wołanie wewnętrzne i ból emocjonalny do którego dana osoba nie chce wejrzeć i spojrzeć w ten ból. Próba szantażowania drugą osobą to wyłudzenie tej miłości której niestety ta osoba dać nie może. Z braku wiedzy szantażysta robi wszystko by przytrzymać innych przy sobie, ponieważ nie wie, jak samodzielnie poradzić sobie z emocjonalnym bólem i pustką jaką czuje w sercu. Dla takiej osoby tragedią jest wszelki rodzaj odejścia najbliższych. Natomiast z wyższego rozumienia to jest dar, okazja do zajrzenia w swoje serce, dlaczego zabrakło tam miłości i dlaczego szuka się jej tam gdzie się jej nie znajdzie.

Domyślam się, że moja matka podświadomie czuła, że mam ogromną potrzebę wolności i będę chciała ją realizować. Sama mając ogromną pustkę w sercu, chciała ją czymś wypełnić. Jej nieświadomym sposobem na to było zatrzymanie dzieci w domu, zamknięcie na przysłowiowy klucz i szantaż aby robiły co ona chce, utrzymanie nad nimi władzy. By nigdy nie pomyślały o sobie, o swojej wolności, tylko trzymały się matczynej spódnicy i wypełniały te jej ogromną pustkę. Uzależnienie jest bardzo silne, do tego stopnia, że każda próba ucieczki czy to mojej czy mojego brata była tragedią emocjonalną dla mojej matki, jak również próbą szantażującego zatrzymania nas oboje.

Uświadamiając sobie to wszystko łatwiej mi uzyskać spokój, ponieważ widzę nie tylko emocjonalny schemat, ale i możliwość wyzbycia się tego uzależnienia.

Poprzez to co wydarzyło się w dzieciństwie, moim częstym schematem było siedzenie i czekanie. Właściwie nie wiadomo na co. Na cud? Na księcia z bajki? Na gwiazdkę z nieba? Na pozwolenie? Tak, to ostatnie na pewno. Podświadomie czekałam na matczyne pozwolenie, czy aby mogę zrobić to co chcę. Najczęściej nie mogłam. I najczęściej nieświadomie robiłam to co ona chce. Dlatego tak trudno było mi osiągnąć cokolwiek w życiu, czy to zrealizować marzenia, cele, czy spełnić pragnienia. Życie jawiło mi się jako cholernie trudne, życie w spełnieniu niemożliwe i nierealne. Wszystko co próbowałam osiągnąć, okupione było ciężką, mozolną pracą praktycznie bez efektów. Bo czego nie zrobiłam, kończyło się fiaskiem.

Doszedł do tego brak wiary w siebie, we własne możliwości, utrata poczucia wartości, co skutkowało dodatkowym potwierdzeniem w życiu. No przecież nie dasz rady! Ileż razy to słyszałam. No i podświadomie nie dałam. Przez tyle lat próbowałam i „nie dałam”. Stąd też tyle razy wracałam upokorzona do domu rodzinnego, nie wierząc że dam sobie radę.

Można działać, próbować, wypruwać sobie żyły, ale jeśli podświadomie nie wierzymy w siebie, to nic z tego nie będzie.

To doświadczenie bardzo wiele mi pokazało. Po pierwsze mój ogromny potencjał, pomysłowość, odwagę. A po drugie lęki, które hamowały mnie na każdym kroku. Jednak wiem, że obecnie to moją rolą jest ponowna wiara w siebie, przekraczanie lęków i zrozumienie, że „kara” to tylko rodzaj szantażu emocjonalnego abym została przy matce zamiast realizować siebie.

Co wybiorę? Wszystko zależy ode mnie. Mając wiedzę, wiem, że wybiorę siebie. Ale jest to codzienne ćwiczenie nowych nawyków, wspieranie samego siebie i pokazywanie sobie, że dam radę. Co wybiorę? Walkę o swoje życie. To znaczy nie walczę, ja wybieram nowe życie i nowe nawyki.

Pomaga mi uważność, świadomość, rozumienie, że to wszystko co matka wyprawia to szantaż. To próba zatrzymania mnie w domu, to test dla mnie co jest dla mnie najważniejsze. Abym nauczyła się na nowo wybierać siebie, czyli to co powinno być dla mnie najważniejsze.

To nie jest przypadek, że wyciągnięto to na światło dzienne, ponieważ dzięki temu łatwiej mi przyjrzeć się moim reakcjom. Do tej pory była to złość, krzyk, agresja, frustracja, a nawet chęć zemsty. Ale prawdą jest, że te emocjonalne reakcje pokazywały tylko moją bezradność, bezsilność, ponieważ tak naprawdę chciałam wiedzieć jak sobie poradzić z tym wszystkim i jak wyjść z tego emocjonalnego kołowrotka.

Szantaże emocjonalne, zakazy, nakazy, władczość mojej matki uczą mnie bardzo wiele. Stanowczości, zdecydowania, stawiania na swoim, wytrwałości, uporu w dążeniu do celu oraz uświadomieniu sobie czego chcę, czego pragnę i poczucia, że mogę to mieć, że dam rade i że będę to miała. No i prawa do własnego życia. Prawa do wolności, do życia takiego, jakiego chcę Na pewno uczy mnie to większej uważności, wsłuchiwania się w swoje serce i pójścia za tym co czuję.

Opinie innych, czy to mojej matki, czy najbliższej rodziny bardzo często są wyśmiewające, krytyczne, negatywne, oceniające. Jednak to do mnie należy nauka poczucia wartości, świadomości tego kim jestem i uniezależnienia się od opinii innych ludzi. Wiadomo, rodzina gada i gadać będzie. Nie mam na to wpływu. Mam wpływ na to czy biorę to do siebie, jak się z tym czuję i co mogę z tym zrobić. A mogę zrobić wiele, choćby podnieść swoje poczucie wartości.

Mam mnóstwo pozytywnych cech, walorów, zalet, umiejętności, uświadamiam sobie co lubię, zapisuję, co się mi się udało, przypominam sobie jak dałam sobie radę w trudnych chwilach i to naprawdę buduje od środka. Bo umysł ma wtedy naoczny dowód na to.

I tak się dzieje u mnie. Każdy dzień zaskakuje mnie cennymi informacjami. Przyjmuję je do siebie, patrząc jaki diament mogę z tego wyszlifować dla siebie. Bo wszystko czego doświadczam staje się moim diamentem. Jeśli naprawdę zacznę patrzeć na to jak na diament. Nic nie dzieje się mi, tylko dla mnie. Wszystko jest darem. Ode mnie zależy, co z nim zrobię, czy popsioczę, czy zrobię z niego przysłowiowy użytek. Bo wiem, że ten diament zaprowadzi mnie tam, gdzie chcę, nawet jeśli wszyscy dookoła w to nie wierzą i podcinają mi skrzydła.

W końcu to ja mam nauczyć się latać. Jak Orzeł.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Z mojego życia wzięte

 

Jak to? Mam nie mieć żadnego zabezpieczenia materialnego???

29 cze

625

Całe życie próbowałam się zabezpieczać na wszelkie sposoby. Wymyślałam na siłę rozwiązania, stwarzałam na siłę pomysły, budowałam mury, okopywałam się tak, aby zawsze mieć jakieś „zabezpieczenie”, jaka furtkę, jakiś rodzaj planu „b”. Przez pewien czas jakoś to działało, choć ja i tak miałam nerwicę z tego powodu, a także wieczne poczucie kontroli. I ciągle bałam się, że jednak to stracę. No i co wtedy…

Jak człowiek się boi, nie ma zaufania to okopuje się na wszelkie sposoby. Tworzy zabezpieczenia wszelkiego rodzaju, żeby się chronić. Jednak to nie skutkuje na dłuższą metę, ponieważ „niszczyciel” jak trafi w to wszystko co było „zabezpieczane”, to nic z tego nie zostaje. I wielu ludzi się właśnie o tym przekonuje. Przypadków nie ma.

Patrząc na swoje życie, widzę, że były różne chwile, zarówno te nieświadomej ufności, jak i wielkiego strachu. Jeśli chodzi o zdrowie, to nigdy nie byłam nigdzie ubezpieczona. W tym wypadku naprawdę ufałam niebiańskiej medycynie, nie raz powtarzając: „ubezpieczenie to ja mam tam u góry”. I choć ubezpieczyciele straszyli mnie tym, co może mnie spotkać, nigdy im nie wierzyłam. I nigdy nie wykupiłam żadnego ubezpieczenia. Ja po prostu czułam, że mam tak zrobić. A po drugie nie miałam pieniędzy na takie wydatki. A po latach zobaczyłam, że dla mnie to był krok do dalszej nauki zaufania do życia.

Patrząc na życie zawodowe, materialne, na pieniądze, tu cały czas przez te lata otrzymuję cenne lekcje. To, że nigdy nie miałam stałej pracy, nie było przypadkiem. Zawsze gdzieś jakieś zlecenia dorywcze, jakiś handel dorywczy, spadające z nieba pieniądze, to było zaplanowaną nauką.

Kiedy nie miałam pieniędzy, kiedy miałam długi, kiedy martwiłam się o swój byt niepomiernie, to jednocześnie moje wszystkie potrzeby na tamten moment były zaspokojone. To też nie jest przypadek. Mieszkałam w różnych miejscach, ale zawsze znalazł się dach nad głową. Bywało tak, że jadłam suchy chleb ze serkiem ale nigdy nie byłam głodna, zawsze znalazło się jakieś jedzenie. Miałam cholerne długi, to prędzej czy później w jakiś niepojęty dla mnie sposób spłacały się bądź nie (ale wtedy stosowałam drogi ucieczki, których oczywiście nie polecam, bo doświadczenie wraca). Jednak to, czego się nauczyłam, to to że moje potrzeby (prawdziwe, nie jakiejś egotycznej chciwości) naprawdę są na dany moment zaspokojone i wcale nie zależą od stanu konta. Mam tego dowód we własnym życiu.

Obecnie mam taką sytuacje, że odcięto mi wszelkie dopływy źródeł finansowania. Mimo, że mam na drobne wydatki, to przy większym zadłużeniu, nie mam „z czego spłacić”. W przeszłości w takich sytuacjach zamartwiałam się, wymyślałam, co tu zrobić, próbowałam na siłę różnych rzeczy, nie wydawałam pieniędzy na swoje potrzeby (uczyć się wydawania pieniędzy umiarkowanie, rozsądnie, to też jest sztuka). Ale są przecież takie wydatki, które zrobić trzeba. I dylemat jest, co zrobić. Głowa zaczyna buzować, aż dochodzi wiele razy do migreny czy totalnego wyczerpania.

Jako, że zaczęłam uczyć się, że wszystko co mnie spotyka, jest moim doświadczeniem, moją lekcją, moją nauką, wreszcie pierwszy raz przestałam krzyczeć jak rozjuszone dziecko, a w spokoju zaczęłam rozpoznawać w tym cenną dla mnie lekcję. Oczywiście, że na początku jest to trudne, ponieważ mój rozum ma zupełnie inną perspektywę i chce mieć „zabezpieczenie”. Mój rozum się po prostu boi nieznanego, braku bezpieczeństwa. Najchętniej to chciałby mieć milion na koncie i żebym mogła z tego korzystać kiedy chcę. Ale tak nie jest.

Jednak w mojej lekcji w ogóle nie o to chodzi. Ja mam nie mieć żadnego zabezpieczenia. ŻADNEGO. Tego mnie Wyższa Mądrość uczy od dawna. Kiedy człowiek nie wie nic, wtedy naprawdę może się otworzyć i zrozumieć, że życie nie polega na ciągłym zabezpieczaniu się, ale na nauce zaufania.

Tyle razy już pisałam o tym, że nie trzeba mieć czegokolwiek żeby spokojnie żyć. Wystarczy tylko zaufanie. Ale to jest trudna lekcja, patrząc czego uczymy się od innych, od szkoły, od mediów. Wszyscy mówią, że trzeba mieć pracę, trzeba mieć oszczędności, trzeba mieć ubezpieczenia, trzeba mieć to i tamto, bo z czego będziesz żyć. Kiedy mówię ludziom, że ja nie miałam stałej pracy i moje oszczędności w ZUS wynoszą zaledwie 600 zł, to z przerażającymi oczami pytają mnie: to z czego będziesz żyć na emeryturze? Idź lepiej do pracy, trzeba zarabiać na emeryturę, tak słyszę. No ale sęk w tym, że po pierwsze ja nie pójdę do pracy, bo to nie moja droga życiowa, a po drugie, ja nie muszę wiedzieć już dziś co będzie za 30-40 lat. Bo ja tego nie wiem. Aż tak daleko nie sięgam. Życie mi tak pokazało przez ostatnie 3 lata, że to Ono decyduje a nie ja, że przestałam ufać „emeryturom”, a zaczęłam wierzyć Sile Wyższej. Skoro czuje opór i to bardzo silny w Czakrze Serca, który ewidentnie mi mówi: żadnej pracy etatowej, zapomnij! A ja wiem, że mam nawet jej nie szukać, to nie będę tego robić, tylko dlatego że społeczeństwo ma wdrukowane że bez emerytury nie dasz rady. Guzik prawda. Dasz. No chyba że w to nie wierzysz. Ja chcę, czy nie chcę uczę się tego i wiem, że po coś to się dzieje. Zresztą odkąd pamiętam zawsze byłam indywidualistką i chodziłam własnymi drogami. I to też nie jest przypadek.

Wracając do mojej historii, ktoś by powiedział: to co, teraz usiąść i płakać? Nie. Mam usiąść i posłuchać co Mądrość Wyższej Instancji ma mi do powiedzenia. I wreszcie dociera do mnie, że wygląda to właśnie tak:

Życie w radości, spokoju, polega na ufności tego, że każdego dnia prowadzi Cię wyższa Mądrość, która układa Twój dzień po swojemu. Po to dostałaś Intuicję, żeby jej posłuchać, żeby z niej korzystać jak z radaru, jak z drogowskazu. Kiedy wstajesz rano, poczuj, na co masz ochotę, idź za tym. Zaufaj i idź. Niczego się nie obawiaj, nie twórz żadnych historii, nie mów wiecznie „ale..”. Przestań się bać życia. Życie w nowej rzeczywistości jest spontaniczne, spokojne, bez obaw i zmartwień. Każdego dnia jesteś prowadzona i doskonale wiesz co masz zrobić, czym się zająć, gdzie pójść, z kim się spotkać. Po to dostałaś wolność, abyś nauczyła się na nowo żyć. Idź za tym co czujesz, za tym co chcesz robić. A pieniądze? Nie martw się nimi. Wcale nie trzeba na nie „pracować”, wcale nie trzeba ich „zarabiać”. Otrzymujesz je, wtedy kiedy naprawdę ich potrzebujesz. Nie musisz mieć własnego planu jak to się zadzieje. Pozwól swojej wewnętrznej mądrości, aby sama pokazała Ci rozwiązania, często takie, o jakich nigdy byś nie pomyślała. Logika musi pojąć, że nie da się nic zaplanować, nic kontrolować, nic mieć „z góry ustalone”, bo każdy dzień jest zupełnie inny. Naucz się żyć swobodnie, tak jakby każdy dzień był kompletnie czystą kartą. Nic nie musisz, szczególnie jeśli czegoś nie chcesz. Rób to, co lubisz, na co masz ochotę i nie przejmuj się tym co będzie, co się wydarzy, bo tak naprawdę nie masz na to wpływu.

Im więcej kontroli w życiu, tym więcej „niepowodzeń” mnie spotyka. Nic się wtedy nie układa, wszystko się wali, następują tzw. zniszczenia. Wszelkie plany idą w łeb, a sytuacja odwraca się tak, że nie wiadomo gdzie „ogon, a gdzie głowa”. Wczoraj też miałam sytuację, która mnie zaskoczyła. Oczywiście, że w zapomnieniu planowałam, że to będzie tak i tak, że ja zyskam tyle i tyle, to będę miała na to i na to. A Mądrość Wyższej Instancji jak pojechała po bandzie niwecząc wszystkie moje „widzimisię” i plany, zadziałała tak, że straciłam wszystkie moje nadzieje, ponieważ sytuacja potoczyła się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Ja tylko usiadłam, rozłożyłam ręce, nie miałam pojęcia co zrobić i tylko pomyślałam: „boże, co teraz?”

No właśnie okazało się, że nic. Mam odpuścić i przestać wszystko kontrolować i planować. Mam zawierzyć i dać sobie spokój z „głowieniem się”, bo to tylko głowa od tego boli. Zaufać, że potoczy się wszystko tak, jak ma się potoczyć. A rozwiązania przyjdą, od takiej strony, od której się pewnie ich nie spodziewam.

Doświadczanie życie nie polega na omijaniu trudnych spraw, nie polega na pobożnych życzeniach, ani na tym żeby wszystko było idealne. Tak nigdy nie będzie. Ja się dowiedziałam że życie polega na tym, że cokolwiek się wydarzy, na pewno dam sobie rade, bo Wyższa Mądrość mnie prowadzi. Na pewno polega na tym, że nie można niczego kontrolować, trzeba dać się ponieść prądowi życia. Tylko wtedy można uzyskać naprawdę boski spokój. Bez względu na sytuację, na problemy, na wyzwania. Na pewno nie można wikłać się w kolejne emocje strachu i z tej obawy zabezpieczać się na amen, bo to i tak nic nie da. Jak człowiek ma coś stracić, to i tak straci. Nie ma na to rady.

Dowiedziałam się, że każdy kolejny dzień może być spokojny, pod warunkiem słuchania swojego serca, swojej intuicji i oduczania się zamartwiania i kontroli. Przecież i tak wszystko jest dobrze, nawet jeśli coś jest źle. To tylko lekcja, nauka, doświadczenie, mające nas zbudować, wesprzeć, wspomóc, pomóc wzrastać i wznieść się na kolejne wyżyny świadomości.

Nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny, naprawdę tworzymy swoje życie. Ostatnio przeczytałam na blogu redaktor bezczelnej tak mądre słowa, że wryły mi się w głowę. Moje nastawienie od razu się zmieniło, przestałam obwiniać, krytykować, mówić: to oni mi to zrobili”! Nie, ja sama to sobie robię, bo chcę zrozumieć, jak mam żyć od nowa. W spokoju. W radości. W ufności. Cokolwiek tracę, już wiem, że idzie lekcja. Idzie nauka, idzie zrozumienie. I ode mnie zależy czy usiądę i zacznę krzyczeć jak małe dziecko histeryzując, że to niesprawiedliwe, czy uspokoję się i podejmę wyzwanie zrozumienia, o co w tej lekcji chodzi.

Bo każda lekcja jest mową Duszy, czy nam się to podoba czy nie. My jesteśmy tu z własnej woli, nieprzymuszonej, dlatego że chcemy się uczyć. Pojmować to życie od nowa. I obserwować co działa, a co nie. Wszystkie problemy są mową Duszy, ale czy my umiemy jej słuchać? Czy mamy w sobie pokorę, aby zapytać: no dobra, o co chodzi, dlaczego mnie to spotyka, dlaczego ciągle przyciągam to samo? I okazuje się, kiedy człowiek jest otwarty, to odpowiedzi przychodzą. Otwartość na znaki powoduje, że odpowiedzi naprawdę przychodzą. A wraz z nimi naprawdę niebiańskie rozwiązania.

Zawsze marzyłam o tym, żeby być wolną, ale ta ma swoją cenę. Cenę zrozumienia, cenę zupełnie innego podejścia do życia. Totalnie odmiennego od tego, którego nauczyłam się w domu rodzinnym, w kościele, w szkole, z mediów.

Psioczyć na życie jest bardzo łatwo, to postawa cały czas naburmuszonego dziecka, ciągle mającego pretensje do Boga że nie dał mi tego, nie dał tamtego. A dał to czego nie powinien. Jednak jakbyśmy nagle mieli okazję zobaczyć swoje życie z innej perspektywy, to okazałoby się, że właśnie to na co psioczymy jest istnym darem dla nas. Życie nigdy się nie myli. Życie nie jest nudne, życie jest naprawdę duchowe, ale żeby to pojąć, trzeba otworzyć swoje serce i posłuchać co ono na do powiedzenia.

To nie jest łatwe w ferworze zmartwień, problemów, ciągłych niepowodzeń. Ale to tylko oznacza, że już czas, czas zrozumieć i pojąć od nowa, o co w tym wszystkim chodzi. I nawet jeśli droga nie jest łatwa, to na pewno warta nowego pojmowania swojego życia. Kiedy przychodzi pokora, przychodzi zrozumienie.

Wstając dziś rano, po wczorajszej „burzy” pewnych spraw, na które miałam „swój plan” usiadłam i powiedziałam no i co teraz mam zrobić? I tylko poczułam, nic, zaufaj, dzień sam się ułoży. Spokojnie, dzień sam się ułoży. Jedyne co masz zrobić, to posłuchaj Swojego Serca. Poczuj Jego wołanie i po prostu Go posłuchaj. Tylko tak zbudujesz zaufanie do swojej wewnętrznej Mądrości.

I właśnie to, że obecny czas jest dla mnie ogromną dozą wolności (czasem aż nerwica mnie bierze od tej wolności, tak nie jestem do niej przyzwyczajona), ma swój sens. Po latach pracoholizmu, nerwicy, depresji, życia w ciągłym lęku, biegu, zamartwiania się o wszystko, potrzebuję reset. Totalny reset. I go mam. I zaczynam widzieć wszystko w innych barwach. Jeszcze wiele nauki przede mną ale ta jest jedną z nich: zaufanie i spokój. Tak po prostu.

Każdy jest na swojej własnej drodze, na takiej, na jakiej ma być. Nic nie jest pomyłką, nic nie jest „nie tak”. Wszystko jest dokładnie takie, jakie ma być, dokładnie takie. Życie jest proste, pod warunkiem, że pojmujemy zasady jakimi się Ono kieruje. Pod warunkiem, że spokorniejemy, aby zrozumieć, czego Ono nas chce nauczyć. Pod warunkiem, że uznamy iż Wyższa Mądrość wie, czego nam potrzeba. I damy się temu ponieść, z otwartym sercem. Bo kiedy drzwi się zamykają, to znak że czas lekcji, ale kiedy się otwierają, to znak, że czas iść naprzód.

Na koniec tylko usłyszałam jak Serce powiedziało: ze mną nie zginiesz! :)