RSS
 

Edukacyjna bajka o jabłkach i windzie

21 lip

biancaneve

Była sobie dziewczynka o imieniu Asia, która uwielbiała jabłka. Wiedziała, że jest jedno miejsce, gdzie może je znaleźć. Codziennie rano szła w to miejsce i zrywała swoje ulubione na tamten czas jabłuszka. Wydawało jej się, że smakowały wyśmienicie, gdyż znała tylko ten smak. Przez jakiś czas jadła tylko i wyłącznie te jabłka, ze swojej „ulubionej” jabłoni.

Po jakimś czasie sąsiad zamontował windę. Na początku Asia nie miała pojęcia co to jest. Winda była dziwna, ponieważ wystarczyło na nią wejść, a ona sama jechała w górę. Początki były takie, że Asia patrzyła na windę, dotykała ją, oglądała. Nie miała pojęcia do czego służy, ani co się stanie gdy na nią wejdzie. Jej lęk i opór na ten moment były silniejsze. Bardzo długo omijała windę, lękając się jej, dlatego pozostała tylko przy zrywaniu swoich jabłek.

Pewnego dnia Asię dopadła ogromna ciekawość. Nie miała pojęcia skąd się to wzięło, ale coś czuła, że dziś odkryje coś zupełnie nowego. Jak codziennie rano, poszła pod swoją jabłonkę. Zanim zaczęła zrywać swoje ulubione jabłuszka, spojrzała na tę windę, która dziwnie się do niej uśmiechała. Asia zaczęła mieć takie właśnie wrażenie.

Patrząc tak uważnie na tę windę, nagle Asia stwierdziła, że jednak na nią wskoczy. „A co tam!” Pomyślała. Zobaczymy, co się wydarzy. Ni stąd ni zowąd Asia znalazła się o piętro wyżej. Wyskoczyła z windy i okazało się, że na tym pietrze są inne jabłonie niż znała do tej pory. Nie tylko z jabłuszkami małymi i lekko zielonymi, ale i z lekko czerwonymi, a nawet bardziej słodszymi. Z ogromnej ciekawości zaczęła zrywać te jabłuszka poznając ich zupełnie odmienny smak, niż ten który znała do tej pory.

„Ojej, jakie pyszne!” – stwierdziła po kilku kęsach. Oczywiście nie wiedziała tego, dopóki nie wjechała na wyższe piętro. Tak jej się to spodobało, że przez kilka kolejnych dni zrywała tylko te jabłka z pierwszego piętra. Ten smak był już nieco inny, więc mogła porównać, które jej lepiej smakują.

Będąc już bardziej odważną dziewczynką, stwierdziła, że znowu wskoczy do windy, a ta zawiozła ją na drugie piętro. Dziewczynka wyskoczyła z niej i zobaczyła, że na drugim pietrze są nie tylko jabłonie, ale i grusze. Oniemiała z wrażenia. „Ojej, co to takiego?” zapytała nieśmiało. Podeszła, powąchała jabłka, gruszki, lekko chwyciła i nagle same wpadły jej do rąk. Mały lęk jej jeszcze podpowiadał, by nie ruszała tego, bo nie wiadomo co to za owoc, ale jej serce podpowiadało, żeby jednak spróbować. Długo się wahała, nie wiedząc czego posłuchać, rozumu czy serduszka.

Jednak po wielu próbach, posłuchała serduszka i ugryzła soczyste jabłuszka i cudowne słodkie gruszki. Tak jej posmakowało, że właściwie zapomniała o tym co już znała. Nie chciała wracać do dawnych smaków, bo poczuła zupełnie inny aromat. Pachnące, świeże, rumiane, słodkie, zaspokajały jej głód o wiele bardziej niż dawne jabłuszka. Asia była zachwycona nowym odkryciem. Mogła się nim nacieszyć jeszcze przez jakiś czas, będąc dumna, że się odważyła na ten krok.

Po jakimś czasie znowu myśl nie dawała jej spokoju, gdzie ta winda może zajechać. Gdzie jest jej koniec? Gdzie ona dalej pojedzie? Ze strachem w oczach któregoś dnia wsiadła do windy i kazała jej pojechać jak najwyżej. Dużo nie minęło, a winda zatrzymała się na sporej wysokości. Właściwie niewiele było widać patrząc w dół. Przede wszystkim Asia nie mogła napatrzeć się tymi nowymi widokami. Roześmiane oczy, ciekawość dziecka była ogromna i trwało to dłuższą chwilę. Wiedziała, że ten obraz zapamięta na długo. Być może na zawsze.

To jednak nie był koniec niespodzianki. Kiedy obróciła się w drugą stronę, zobaczyła, że rosną przepiękne jabłonie, grusze, z bardzo dorodnymi jabłuszkami, gruszkami, a gdzieś między nimi kwitną krzewy malin. Nie miała pojęcia, co to jest, więc zaczęła wszystkiego po trochu próbować. Nie sądziła, że będzie to tak pyszne, tak soczyste, tak słodkie. Uświadomiła sobie, że to jest właśnie ten smak, którego nieświadomie poszukiwała. Tak, to jest to! To jest to czego szukałam! Krzyknęła z ogromną radością w oczach! Zajadała się tym wszystkim, aż rozbolał ją brzuszek, ale nie z przejedzenia, tylko radości i szczęścia, jakie zaznała w tym momencie.

Wiedziała, że znalazła to czego chce, to co ją w pełni zaspokoiło i wiedziała, że od teraz będzie jeździła windą tylko na najwyższe piętra, bo już wie, że tylko tutaj czekają na nią najlepsze owoce. Te, które dają jej przyjemność, zaspokajają smakowe kubki i wypełniają brzuszek po brzegi. Asia była z siebie dumna, bo przy okazji pokonała lęk przed windą, a ta odwaga nagrodziła ją niezwykłym nowym smakiem, który okazał się właśnie tym, czego naprawdę z serduszka pragnęła.

Koniec bajki.

A morał z bajki jest taki, że im wyżej sięgasz, tym więcej lub lepiej, lub bardziej smakowite dostajesz.

Czasami jest tak, że wydaje nam się, że to co znamy, to co widzimy, to po co sięgamy każdego dnia, jest tym czego chcemy, tym co zaspokoi nasze pragnienia. Nie mając pojęcia o tym, że możemy wspiąć się wyżej, codziennie sięgamy po to samo. Jednak w pewnym momencie przychodzi jakaś pobudka, jakaś chęć poznania czegoś innego, nowego. Czasem zwyczajne: chcę czegoś więcej! Lub mocne: Mam dosyć już tego!

I wtedy pojawia się ta „winda” która prowadzi nas po inny „smak”, po inne pragnienia, inne doznania, inne marzenia, jeśli tylko odważymy się na nią wskoczyć. Kiedy tylko uda nam się przekroczyć lęk, zdobyć się na odwagę, mamy szansę aby odkryć to co siedzi w nas głęboko, w sercu, w duszy. Czasem jest to tylko 1 krok, czasem winda potrafi pojechać wyżej, ale zależy to od nas, od naszych pragnień ale i niestety ograniczających lęków. Kiedy odważymy się maksymalnie, wtedy możemy poznać „smak” naszego życia, o jakim do tej pory nie mieliśmy pojęcia.

Nagle okazuje się, że to co było codziennością, to było zupełnie czymś innym niż to czego pragnęła dusza. Dlatego warto wskoczyć do windy, wzbić się na wyżyny naszych pragnień, marzeń, uwierzyć w siebie, odważyć się na nowy, czasem zupełnie odmienny i niespodziewany krok, aby zobaczyć swoje życie, świat z zupełnie innej perspektywy. Warto pokonać lęki aby poznawać nowe smaki życia, doświadczyć czegoś zupełnie nowego, innego, bo być może to co odkryjemy, jest właśnie tym czego naprawdę w głębi duszy pragniemy. A wtedy na pewno nie będziemy chcieli wrócić do dawnego, starego życia.

KONIEC <3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Moja Twórczość

 

„Jak zaprzyjaźnić się ze swoją Intuicją?” Kurs dla początkujących

04 lip

Witaj Czytelniku :)

Dlaczego wielu ludzi prowadzi spokojniejsze, bardziej zharmonizowane życie, używając do tego niewielu narzędzi, a właściwie żadnych i mimo to czują się wewnętrznie spełnieni?

Jak to jest, że jedni ludzie potrafią przechodzić przez trudny dnia codziennego z ogromną siłą, a inni poddają się lub też uciekają w uzależnienia?

Dlaczego wielu ludzi wie, skąd wziąć siłę do codziennych trudności, radzenia sobie z życiem, a inni szukają, szukają, próbują dawać sobie radę i mimo to nic im nie wychodzi?

Jest to tylko kilka pytań, które możesz sobie zadawać, ja również to robiłam jeszcze wiele lat temu. Działo się dopóty, dopóki nie poznałam bardzo ważnej informacji.

Co się dzieje, kiedy Twoje odpowiedzi są niezadowalające?

Być może jesteś sfrustrowany, być może wpadasz w depresję, być może złości Cię to że szukasz, szukasz i nadal Tobie nic nie pomaga.

Pamiętaj, nie ma złotej różdżki, która załatwi za Ciebie wszystkie problemy, ale jest pewne narzędzie, bardzo osobiste i indywidualne, które może Ci pomóc i poprowadzić. Jest ono doskonale skonstruowane dla Ciebie, tak, że kiedy zaczniesz je stosować, to z czasem zobaczysz właściwe rezultaty.

Ja świadczę własnym przykładem, dlatego wiem, że ta najlepsza „metoda” na pewno działa.

Jest tylko jeden warunek: trzeba stosować te narzędzia jak najczęściej, aby sprawdzić, aby przekonać się, że naprawdę to pomaga. To TY masz mieć przeświadczenie, że Tobie to pomaga!

Ja mogę jedynie pokazać Ci, czym to narzędzie jest, mogę pokazać Ci, jak je używać, ale reszta należy wyłącznie do Ciebie!

Przygotowałam dla Ciebie kurs, w którym pokazuję jak możesz wykorzystać to podstawowe narzędzie, które tak naprawdę masz w zasięgu ręki. O czym mowa?
O korzystaniu ze swojej Intuicji.

Wiem, że jest na ten temat wiele różnych informacji, niestety nie wszystkie są prawdziwe. Chcę Ci pokazać, krok po kroku, jak możesz z Niej korzystać, dla własnego dobra.

Co z tego będziesz miał/-a?

Na pewno zobaczysz, czym tak naprawdę jest ta Intuicja, dzięki czemu przestaniesz wierzyć w zabobony na jej temat.

Sprawdzisz na własnej skórze jej prowadzenie i samemu przekonasz się czy to działa.

Otrzymasz 9 wartościowych, opartych na moim doświadczeniu życiowym lekcji, z których dowiesz się od czego zacząć, jak stosować wszystkie kroki, jak możesz zmienić patrzenie na swoje codzienne życie.

Przekonaj się że to działa, bo ja wiem, że działa dla każdego człowieka, pod warunkiem że ma świadomość tego, że Intuicja jest i że to nie jest coś wymyślonego, tylko naprawdę się Jej wierzy.

A tak naprawdę przedstawiam wartościową wiedzę, która ma pokazać Tobie, że nie jesteś pozostawiony sam/-a sobie, tylko jest coś, co faktycznie może pomóc, nawet jeśli nie masz znajomych, przyjaciół, czy rodziny. Nie jesteś pozostawiony sam sobie, ponieważ Intuicja to dar dla człowieka. Niestety nie każdy z tego korzysta. Dlaczego? Bo niewiele o Niej wie!

Już teraz w tym momencie przekazuję Ci bardzo cenne klucze, z których i ja korzystam na co dzień, dlatego masz pełne moje przekonanie o tym, że to co daję Tobie, jest naprawdę wartościowe.

Dzięki znajomości tych zasad, które opisuję w kursie, w tych 9 lekcjach, dzięki informacjom jakie tam zawarłam, będziesz mógł/-mogła krok po kroku stosować te cenne lekcje w swoim życiu. Z czasem Twoje życie stanie się bardziej spokojne, ponieważ już będziesz wiedział, czym się kierować, jakie podjąć decyzje, a przede wszystkim będziesz wiedział, które są dobre!

Co to oznacza?

Oczywiście spokój wewnętrzny! Tak, to czego ludziom brakuje, ponieważ problemy potrafią piętrzyć się bez opamiętania! Nie gwarantuję Ci życia totalnie szczęśliwego, bez problemów, bo tak się nie da, ale mogę pokazać Ci jak w huraganie problemów, możesz zachować spokój i przejść przez nie z wiedzą której do tej pory być może nie miałeś. Ta wiedza gwarantuje Ci naprawdę właściwe rozwiązania, bez głowienia się, tak jak do tej pory być może robiłeś.

Odkąd korzystam z rad, które Tobie pokazuję, uspokoiłam się, moja nerwica zmalała, wyszłam z depresji, ponieważ zobaczyłam sens życia i przede wszystkim nie boję się na nowo układać sobie życia. Mam ogromne poczucie wsparcia, opieki, oparcia i wiem, że cokolwiek się będzie działo, wszystko potoczy się właściwie i dla mojego dobra.

Powiem Ci tak w zaufaniu, że nie znam lepszej metody niż mądre korzystanie z Intuicji i tego co Ona ma do zaoferowania. A ma wiele i o tym właśnie mówię w swoim kursie.

Jak już wspomniałam przygotowałam dla Ciebie 9 cennych lekcji, w każdej poruszam inną kwestię. Nie jest to tylko typowy teoretyczny kurs, ponieważ pokazuję Ci, jak możesz z nich korzystać w życiu, na co dzień. Pokazuję, jak te lekcje możesz praktykować – natomiast od Ciebie zależą wyniki.

Podaję w kursie mnóstwo przykładów z własnego życia i życia moich bliskich po to, abyś zobaczył że naprawdę to działa. Otworzyłam się dla Ciebie bardzo mocno, dlatego że chcę dzielić się tym co wiem i co doświadczam na co dzień. Czasem trudno w coś uwierzyć, tym bardziej że Internet jest pełen różnych informacji.

Każda z tych lekcji przedstawia inną kwestię z którą możesz się zapoznać. Możesz pobrać zarówno 1 jak i wszystkie lekcje naraz, jeśli chcesz. Przy każdej jest krótki opis, abyś wiedział, czego dotyczy.

I równie ważne: jeśli poczujesz wdzięczność za ten dar wiedzy, dar energii, jaką Ci przekazałam z samego serca, jeśli kurs Ci się spodoba i w wyrazach wdzięczności zechcesz przekazać jakąkolwiek darowiznę za tę wiedzę, to możesz to zrobić, przelewając swój dar finansowy na moje konto.
Mój numer konta: 31 1140 2004 0000 3102 4073 9497 (mBank)
Wystarczy że w tytule wpiszesz: Darowizna
Za wszystkie dary z góry serdecznie dziękuję.

Zapraszam do kursu:

Wstęplink do pobrania

Lekcja 1link do pobrania

Lekcja 1 jest o tym, jak nawiązać kontakt z Intuicją za pomocą obrazów, skojarzeń, kolorów, rysunków, czyli jak artystyczna część w Nas wzywa do kontaktu z Intuicją :)

Lekcja 2link do pobrania

Lekcja 2 mówi o tym, jak słowo pisane może być użyte do nawiązania kontaktu z Intuicją. Jak pisanie pomaga w tym aby otworzyć się na własną Intuicję :)

Lekcja 3link do pobrania

Lekcja 3 jest o rozmowach z Intuicją, dlaczego to takie ważne aby i w taki sposób nawiązać z Nią kontakt :)

Lekcja 4 - link do pobrania

Lekcja 4 jest o tym, jak uczucia wewnętrzne na TAK lub NIE pomagają w podejmowaniu decyzji :)

Lekcja 5link do pobrania

Lekcja 5 mówi o intuicyjnym widzeniu, czyli jakie znaki charakteryzują Intuicję, jak się nimi kierować i dlaczego są takie ważne :)

Lekcja 6link do pobrania

Lekcja 6 mówi o tym, jak Intuicja prowadzi do odkrywania talentów i darów które człowiek otrzymuje już z dniem urodzenia, jak je odkrywać i dlaczego są w życiu tak ważne :)

Lekcja 7link do pobrania

Lekcja 7 mówi o tym, dlaczego kontakt z przyrodą ma ogromny wpływ na kontakt z Intuicją :)

Lekcja 8link do pobrania

Lekcja 8 jest o przyjemnościach dla Ciała, gdyż w zdrowym, spokojnym, harmonijnym Ciele, zdrowy Duch i harmonia Duszy :)

Lekcja 9link do pobrania

Lekcja 9 mówi o tym dlaczego warto swoją wiedzą, spostrzeżeniami i odkryciami warto dzielić się z innymi ludźmi :) I co to ma wspólnego z Intuicją :)

Podsumowanielink do pobrania

Cieszę się, że mogę dzielić się swoją wiedzą o czym bardzo ważnym dla mnie i jeśli korzystasz z kursu, również bardzo mnie to cieszy. Oby Ci posłużyła ta wiedza, czego serdecznie Ci życzę :)

Z pozdrowieniami słonecznymi dla Ciebie Czytelniku :)

Barbara Dudzicz

P.S W razie pytań zapraszam do kontaktu pod adres: asando5@interia.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Moje kursy

 

Czego się lenisz! Rusz ten tyłek!!!

02 lip

to_nie_jest_lenistwo_2015-10-23_23-29-40

Dzisiaj Pani Wiesława zainspirowała mnie do napisania tego artykułu. Jestem Jej bardzo za to wdzięczna. Mianowicie chodzi o lenistwo. Odkąd pamiętam, mi nie wolno było się lenić. Za każdym razem kiedy tylko na chwilę się położyłam, czy usiadłam, to słyszałam: znowu siedzisz? Czego nic nie robisz? Rusz tyłek! Rób coś, nie siedź tak, znowu siedzisz!

Oczywiście nie mając świadomości, że mam prawo do lenistwa, ruszałam tyłek i robiłam co mi kazano. Nie patrzyłam na to czy ja tego chcę, tylko szłam i robiłam. Nieważne, że byłam zmęczona, wszystko mnie bolało, a kręgosłup dawał do wiwatu. Musiałam coś robić i tyle. Nie wiedziałam tylko dlaczego po wielu latach ciało się zbuntowało i zaczęło chorować. Dziś wiem.

Kiedy oblałam pierwszy semestr studiów na technicznej uczelni, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Oczywiście nie zdążyłam odpocząć, a usłyszałam: albo pójdziesz jeszcze raz na studia, albo rusz się do pracy! Mając 20 lat nie miałam jeszcze ochoty pójść do pracy, chciałam poczuć ten powiew młodzieńczej wolności. To poszłam ponownie na studia. Po latach żałowałam tej decyzji. Była ona nieprzemyślana, niezgodna z tym co naprawdę wtedy czułam. Skończyłam te studia, ale nie znalazłam pracy w tym kierunku. I życie potoczyło się w innym kierunku. Jedyne co mi szkoda, to tych zmarnowanych 4 lat, które mogłam wykorzystać inaczej.

Oczywiście po studiach, nieświadoma tego, że żyję pod cudze dyktando, także robiłam to co inni chcieli. A to babcia coś nakazała, a to matka, a to ojciec, a to dziadek. I tak słuchałam wszystkich wokół i próbowałam ułożyć sobie życie pod ich dyktando. Na szczęście los się odwrócił i w 2007 roku wyjechałam do Szczecina, z dala od nich. To był pierwszy oddech z dala od domu po to, abym poczuła, że to co ja chcę, ma znaczenie. Niestety podświadome wzorce były na tyle silne, że kiedy wróciłam, to i one wróciły.

Przez te wszystkie lata, mało było sytuacji, w których ja siebie pytałam czego ja chcę. Nikt też mnie o to nie pytał. Wszyscy wokoło narzucali mi swoje „widzimisię”, bo każdy wiedział lepiej co dla mnie jest dobre. Totalnie pogubiona, nieszczęśliwa, przeskakiwałam z gałązki na gałązkę, myśląc że to czy tamto da mi upragnione szczęście. Popróbowałam wielu rzeczy i fakt, tego nie żałuję. Ale nie dało mi to spełnienia, o jakim marzyłam.

Dopóki nie zaczęłam uczyć się od nowa, że to ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre, byłam wiatrakiem na wietrze, którego przestawiało się z kąta w kąt. No bo inni wiedzą lepiej! Ciągle to słyszałam. Ale jak ktoś może lepiej wiedzieć ode mnie, skoro mnie nie zna?

Wbrew pozorom rodzice też mnie nie znali, bo nie usiedli mną na spokojnie i nie porozmawiali. Nie znali moich planów, marzeń, pragnień, nie mieli pojęcia czym się interesuję, co lubię, co mnie kręci, do czego ciągnie. Jaki tryb życia mi pasuje. Nie mieli pojęcia, co chcę tak naprawdę robić, a co dopiero wesprzeć w tym. Tradycją były nakazy, zakazy i „rób to co ja Ci mówię, co ja każę!” Wiec skąd mogłam wiedzieć co jest dla mnie dobre?

Aby widzieć czego chcę, musiałam zacząć na nowo to odkrywać. I tak dla wiadomości Pani Wiesławy: nie znoszę pracy etatowej (8-10 godzin) – bo nie jest dla mnie. Popracowałam w takim trybie przez kilka miesięcy i wiem że to nie dla mnie. Po prostu ja tego nie czuję!

Mam silną osobowość wolności i czy to się komuś podoba czy nie, będę wolna. I mimo, że na nowo się tego dopiero uczę i odkrywam na czym to polega, mam prawo popełniać błędy. Mam prawo chwilowo siedzieć kątem u rodziców, mam prawo dowiadywać się co jest dla mnie a co nie. Mam prawo uczyć się, skąd biorą się pieniądze i mam prawo patrzeć jak „inni marnują sobie życie na własne życzenie, nieświadomie”.

Opinie innych ludzi są ważne, pod warunkiem że są konstruktywne, pomocne, wspierające, pomagające, podnoszące na duchu, pokazujące kierunek. Jeśli są typową krytyką, to przykro mi bardzo, ale mój upór podpowiada mi, aby jednak słuchać siebie.

Lenistwo jest potrzebne, ponieważ pozwala odkryć prawdziwą naszą osobowość. Dopiero podczas totalnego relaksu można sprawdzić, jakim rodzajem osobowości jesteśmy. Jak długo lubimy spać, jaki tryb życia prowadzić, jak długo coś robić bez dłuższej przerwy, jak szybko się męczymy, jaki rodzaj działania lubimy. Podczas pracoholicznej pracy trudno się tego dowiedzieć, moim zdaniem.

Poza tym praca nie gwarantuje posiadania pieniędzy. I wiem co mówię, bo doświadczyłam tego w swoim życiu. Pracowałam i kasy nie widziałam, było i tak. Nie pracowałam, a pieniądze spadały mi z nieba, było i tak. I faktycznie, od dziecka uwielbiałam lenistwo. Tylko nie rozumiałam, dlaczego dorośli mają z tym taki problem.

Dziś wiem. Nauczono nas, że trzeba iść do pracy, zarabiać pieniądze, bo bez tego nie można żyć, nie można opłacić rachunków – bla bla bla… tak, wierzymy w to, bo tak nas nauczono.

Ja jednak doświadczam czegoś innego i ma to związek z nadchodzącym 5 wymiarem (informacje o 5 wymiarze są w internecie, zapraszam). I wiem, dlaczego kocham lenistwo. Otóż, w 5 wymiarze, świadomość jest zupełnie inna. Absolutnie nie ma tam ciężkiej, żmudnej, długiej pracy, nie ma tam typowego zarabiania pieniędzy. Świadomość 5 wymiaru to lekkość, swoboda, robienie tylko tego na co ma się ochotę, a przede wszystkim: otrzymywanie. Aby to wchłonąć trzeba uwierzyć, że tak jest.

I dopiero jak w to uwierzymy, zobaczymy 5 wymiar. I tego właśnie mam doświadczy. Po latach bólu, zagubienia, cierpienia, pracoholizmu, nerwicy, depresji, szczerze? Mam dosyć! Nie chcę tak żyć! Ja ten 5 wymiar już czułam, gdy byłam dzieckiem, choć nie miałam pojęcia, że będę musiała zatoczyć koło żeby sobie uświadomić, że chcę żyć lekko, swobodnie, radośnie!

I w nosie mam to co powiedzą inni ludzie. Niech każdy żyje, jak chce. Ja chcę wolności, radości z życia, a nie pracy i zarabiania pieniędzy. Pieniądze się otrzymuje, nie zarabia. I ja się tego chcę uczyć. Otrzymana wolność, mimo że aktualnie okupiona tym, że mieszkam u rodziców, wiele mi pokazuje. Daje mi czas, bym ogarnęła to wszystko na nowo, zaakceptowała swoje lenistwo, prawo i potrzebę lenistwa, wolności i nauczyła się, że mogę się lenić, być wolną gdziekolwiek będę, a jednocześnie wszystkie moje potrzeby będą zaspokojone.

Temat nie jest taki hop siup, jeśli podświadome programy są bardzo silne, ale wiem że da się wyjść ze starych paradygmatów. Ja akurat potrzebuję na to czasu, który dano mi właśnie teraz. I co z tego że mieszkam u rodziców? Może tak ma być chwilowo? Czy to jakiś grzech? Kto powiedział, że muszę już od razu być na swoim? A może z jakiegoś powodu nie jestem gotowa? A może potrzebuję ponownego zbudowania solidnych podstaw wewnętrznych, aby się znowu nie pogubić i ze strachu już nie wrócić po raz kolejny? Czyż Siła Wyższa byłaby tak głupia, żeby zrobić mi na złość i nie wiedziała, jakich lekcji potrzebuję?

Nie! I ufam jej! Kiedy idzie się za znakami, ufa boskiej drodze, to akceptuje różne wydarzenia, sytuacje, nawet jeśli komuś one mogą się nie podobać. Czasami naprawdę nie wiemy dlaczego znajdujemy się w danym miejscu, ale czujemy podświadomie że jest to dla nas dobre. I ja tak właśnie czuję. Mam wolność, mogę się lenić, mogę wreszcie spokojnie wrócić do zdrowia, do równowagi, do poczucia siły i tego, że dam sobie radę.

A jak będę gotowa, wyjdę do świata. I to moja decyzja, kiedy to będzie.

Nikt nie będzie mi mówił co mam robić, bo tylko ja wiem przez co przechodzę, jak to trudne jest dla mnie, dlaczego się lenię i jaki bagaż przychodzi mi otworzyć i go przerobić na nowo. Tak łatwo kogoś ocenić, nie znając jego historii…. Ale też i cenna lekcja, przede wszystkim pokazująca jak trzeba ufać sobie, sobie i tylko sobie, temu co się czuje, co się wie.

Tak wiele razy zdradziłam siebie, oddałam swoją moc innym, że czas aby przestać tak robić. Skoro ja wiem, co czuję, ja wiem, czego chcę, czego pragnę, to tylko ja wiem jaką drogą mam kroczyć i jak ma to nastąpić. Tylko ja. I tu leży ponowne zaufanie do siebie, temat krążący cały czas.

Nie wińmy się za to że mamy ochotę na lenistwo. Bo jakbyśmy naprawdę, szczerze, ufnie, prawdziwie sobie zaufali to wielu z nas naprawdę pozwoliłoby sobie na prawdziwe lenistwo i byśmy zobaczyli, że świat się od tego nie zawali. A nawet więcej, poukłada się na nowo. W zupełnie inny sposób.

 
 

Dlaczego moje dziecięce marzenia prysły jak bańka mydlana?

02 lip

0006MZNQKOPIFMUG-C122-F4

Kiedy była mała, uwielbiałam się bawić. Moich zabaw nie było końca. Wymyślałam zabawy na potęgę, a pomysłowość na nie była iście nieskończona. Nie było dnia, żebym czegoś nie wymyśliła, tak ogromny potencjał we nie drzemał. Byłam przeszczęśliwa, że mogłam się bawić, ot tak, tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Oczywiście zabawy były nieograniczone, na tyle, na ile sięgała moja pomysłowość i wyobraźnia. Dla mnie nie było granic, nie znałam słowa „nie mogę, limit, to nie dla mnie”, sięgałam po to co chcę, stwarzając sobie genialne warunki do zabawy i bawiąc się tym co często sama stworzyłam. Moja kreatywność dziecięca była niezwykła. A ja jako dziecko uradowane.

Do czasu….

Pamiętam, że któregoś dnia matka z ojcem czegoś mi zabronili. Zaczęli krzyczeć i dostałam lanie. Tamtego dnia, pamiętam zaczął się mój mały dziecięcy, niczym nieograniczony świat walić. Wszelkie nieograniczone możliwości zaczęły pękać jak bańka mydlana.

Zaczął się okres limitów, zakazów, nakazów, ograniczeń. Już nie sięgałam po wszystko co chciałam, bo tego nie wolno, tamtego nie wolno. Zaczął się okres: nie ruszaj, nie dotykaj, zostaw to, to nie dla ciebie, nie dostaniesz, nie mam pieniędzy, idź sobie stąd, nie umiesz, nie potrafisz, no i co zrobiłaś itp. Na moją dziecięcą bezczelność rodzice mieli swój sposób szantażu: kara.

Uwierzyłam, że mi nie wolno, stając się mocno zamkniętym i nieśmiałym dzieckiem. Po wielu latach widzę, że być może ta jedna sytuacja zaważyła na tym jak się zachowywałam przez kolejne lata. Cicha, zamknięta, straciłam wiarę i pewność siebie, nieśmiała i poczułam się słaba. Kiedy szłam do nowej szkoły, płakałam, trzymając się mamy spódnicy. Pamiętam, że chciałam wrócić do domu.

Szantaż emocjonalny w postaci nakazów, zakazów, kar trwał przez wiele wiele lat. Jako nastolatka, uciekałam z domu, ale i to bywało mi odcięte, kiedy matka zamykała mi przed nosem drzwi i biła kablem do prawie krwawych ran. Oczywistym jest, że wstąpił we mnie ogromny strach, lęk, nerwica, które szły ze mną za rękę, aż do momentu, kiedy nie zaczęłam „się budzić”.

Te trudne doświadczenia wywarły ogromny wpływ na mnie, moją psychikę, moje przekonania, również o własnej wartości. Uwierzyłam, że nic nie mogę, nie nie potrafię, nic mi nie wolno, nie mam prawa sięgać po swoje. A władczość matki stawała się zbyt silna, żebym mogła temu sprostać.

Po wielu latach, czyli będąc dorosłą i gotową by spojrzeć na to inaczej, widzę coś innego.

Szantaż emocjonalny który kończy się tzw. karą, to nic innego jak próba manipulacyjnego wpływu na innych, aby robili to, czego chcemy. To próba zatrzymania drugiego człowieka, aby był przy nas bez względu na wszystko. To zahamowanie aby ta druga osoba czasem nie odeszła, nie poszła w swoją stronę.

Szantaż emocjonalny to krzyk: nie zostawiaj mnie! Nie poradzę sobie bez ciebie! Nie dam bez ciebie rady, nie mogę bez ciebie żyć! To ogromne wołanie wewnętrzne i ból emocjonalny do którego dana osoba nie chce wejrzeć i spojrzeć w ten ból. Próba szantażowania drugą osobą to wyłudzenie tej miłości której niestety ta osoba dać nie może. Z braku wiedzy szantażysta robi wszystko by przytrzymać innych przy sobie, ponieważ nie wie, jak samodzielnie poradzić sobie z emocjonalnym bólem i pustką jaką czuje w sercu. Dla takiej osoby tragedią jest wszelki rodzaj odejścia najbliższych. Natomiast z wyższego rozumienia to jest dar, okazja do zajrzenia w swoje serce, dlaczego zabrakło tam miłości i dlaczego szuka się jej tam gdzie się jej nie znajdzie.

Domyślam się, że moja matka podświadomie czuła, że mam ogromną potrzebę wolności i będę chciała ją realizować. Sama mając ogromną pustkę w sercu, chciała ją czymś wypełnić. Jej nieświadomym sposobem na to było zatrzymanie dzieci w domu, zamknięcie na przysłowiowy klucz i szantaż aby robiły co ona chce, utrzymanie nad nimi władzy. By nigdy nie pomyślały o sobie, o swojej wolności, tylko trzymały się matczynej spódnicy i wypełniały te jej ogromną pustkę. Uzależnienie jest bardzo silne, do tego stopnia, że każda próba ucieczki czy to mojej czy mojego brata była tragedią emocjonalną dla mojej matki, jak również próbą szantażującego zatrzymania nas oboje.

Uświadamiając sobie to wszystko łatwiej mi uzyskać spokój, ponieważ widzę nie tylko emocjonalny schemat, ale i możliwość wyzbycia się tego uzależnienia.

Poprzez to co wydarzyło się w dzieciństwie, moim częstym schematem było siedzenie i czekanie. Właściwie nie wiadomo na co. Na cud? Na księcia z bajki? Na gwiazdkę z nieba? Na pozwolenie? Tak, to ostatnie na pewno. Podświadomie czekałam na matczyne pozwolenie, czy aby mogę zrobić to co chcę. Najczęściej nie mogłam. I najczęściej nieświadomie robiłam to co ona chce. Dlatego tak trudno było mi osiągnąć cokolwiek w życiu, czy to zrealizować marzenia, cele, czy spełnić pragnienia. Życie jawiło mi się jako cholernie trudne, życie w spełnieniu niemożliwe i nierealne. Wszystko co próbowałam osiągnąć, okupione było ciężką, mozolną pracą praktycznie bez efektów. Bo czego nie zrobiłam, kończyło się fiaskiem.

Doszedł do tego brak wiary w siebie, we własne możliwości, utrata poczucia wartości, co skutkowało dodatkowym potwierdzeniem w życiu. No przecież nie dasz rady! Ileż razy to słyszałam. No i podświadomie nie dałam. Przez tyle lat próbowałam i „nie dałam”. Stąd też tyle razy wracałam upokorzona do domu rodzinnego, nie wierząc że dam sobie radę.

Można działać, próbować, wypruwać sobie żyły, ale jeśli podświadomie nie wierzymy w siebie, to nic z tego nie będzie.

To doświadczenie bardzo wiele mi pokazało. Po pierwsze mój ogromny potencjał, pomysłowość, odwagę. A po drugie lęki, które hamowały mnie na każdym kroku. Jednak wiem, że obecnie to moją rolą jest ponowna wiara w siebie, przekraczanie lęków i zrozumienie, że „kara” to tylko rodzaj szantażu emocjonalnego abym została przy matce zamiast realizować siebie.

Co wybiorę? Wszystko zależy ode mnie. Mając wiedzę, wiem, że wybiorę siebie. Ale jest to codzienne ćwiczenie nowych nawyków, wspieranie samego siebie i pokazywanie sobie, że dam radę. Co wybiorę? Walkę o swoje życie. To znaczy nie walczę, ja wybieram nowe życie i nowe nawyki.

Pomaga mi uważność, świadomość, rozumienie, że to wszystko co matka wyprawia to szantaż. To próba zatrzymania mnie w domu, to test dla mnie co jest dla mnie najważniejsze. Abym nauczyła się na nowo wybierać siebie, czyli to co powinno być dla mnie najważniejsze.

To nie jest przypadek, że wyciągnięto to na światło dzienne, ponieważ dzięki temu łatwiej mi przyjrzeć się moim reakcjom. Do tej pory była to złość, krzyk, agresja, frustracja, a nawet chęć zemsty. Ale prawdą jest, że te emocjonalne reakcje pokazywały tylko moją bezradność, bezsilność, ponieważ tak naprawdę chciałam wiedzieć jak sobie poradzić z tym wszystkim i jak wyjść z tego emocjonalnego kołowrotka.

Szantaże emocjonalne, zakazy, nakazy, władczość mojej matki uczą mnie bardzo wiele. Stanowczości, zdecydowania, stawiania na swoim, wytrwałości, uporu w dążeniu do celu oraz uświadomieniu sobie czego chcę, czego pragnę i poczucia, że mogę to mieć, że dam rade i że będę to miała. No i prawa do własnego życia. Prawa do wolności, do życia takiego, jakiego chcę Na pewno uczy mnie to większej uważności, wsłuchiwania się w swoje serce i pójścia za tym co czuję.

Opinie innych, czy to mojej matki, czy najbliższej rodziny bardzo często są wyśmiewające, krytyczne, negatywne, oceniające. Jednak to do mnie należy nauka poczucia wartości, świadomości tego kim jestem i uniezależnienia się od opinii innych ludzi. Wiadomo, rodzina gada i gadać będzie. Nie mam na to wpływu. Mam wpływ na to czy biorę to do siebie, jak się z tym czuję i co mogę z tym zrobić. A mogę zrobić wiele, choćby podnieść swoje poczucie wartości.

Mam mnóstwo pozytywnych cech, walorów, zalet, umiejętności, uświadamiam sobie co lubię, zapisuję, co się mi się udało, przypominam sobie jak dałam sobie radę w trudnych chwilach i to naprawdę buduje od środka. Bo umysł ma wtedy naoczny dowód na to.

I tak się dzieje u mnie. Każdy dzień zaskakuje mnie cennymi informacjami. Przyjmuję je do siebie, patrząc jaki diament mogę z tego wyszlifować dla siebie. Bo wszystko czego doświadczam staje się moim diamentem. Jeśli naprawdę zacznę patrzeć na to jak na diament. Nic nie dzieje się mi, tylko dla mnie. Wszystko jest darem. Ode mnie zależy, co z nim zrobię, czy popsioczę, czy zrobię z niego przysłowiowy użytek. Bo wiem, że ten diament zaprowadzi mnie tam, gdzie chcę, nawet jeśli wszyscy dookoła w to nie wierzą i podcinają mi skrzydła.

W końcu to ja mam nauczyć się latać. Jak Orzeł.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Z mojego życia wzięte

 

Jak to? Mam nie mieć żadnego zabezpieczenia materialnego???

29 cze

625

Całe życie próbowałam się zabezpieczać na wszelkie sposoby. Wymyślałam na siłę rozwiązania, stwarzałam na siłę pomysły, budowałam mury, okopywałam się tak, aby zawsze mieć jakieś „zabezpieczenie”, jaka furtkę, jakiś rodzaj planu „b”. Przez pewien czas jakoś to działało, choć ja i tak miałam nerwicę z tego powodu, a także wieczne poczucie kontroli. I ciągle bałam się, że jednak to stracę. No i co wtedy…

Jak człowiek się boi, nie ma zaufania to okopuje się na wszelkie sposoby. Tworzy zabezpieczenia wszelkiego rodzaju, żeby się chronić. Jednak to nie skutkuje na dłuższą metę, ponieważ „niszczyciel” jak trafi w to wszystko co było „zabezpieczane”, to nic z tego nie zostaje. I wielu ludzi się właśnie o tym przekonuje. Przypadków nie ma.

Patrząc na swoje życie, widzę, że były różne chwile, zarówno te nieświadomej ufności, jak i wielkiego strachu. Jeśli chodzi o zdrowie, to nigdy nie byłam nigdzie ubezpieczona. W tym wypadku naprawdę ufałam niebiańskiej medycynie, nie raz powtarzając: „ubezpieczenie to ja mam tam u góry”. I choć ubezpieczyciele straszyli mnie tym, co może mnie spotkać, nigdy im nie wierzyłam. I nigdy nie wykupiłam żadnego ubezpieczenia. Ja po prostu czułam, że mam tak zrobić. A po drugie nie miałam pieniędzy na takie wydatki. A po latach zobaczyłam, że dla mnie to był krok do dalszej nauki zaufania do życia.

Patrząc na życie zawodowe, materialne, na pieniądze, tu cały czas przez te lata otrzymuję cenne lekcje. To, że nigdy nie miałam stałej pracy, nie było przypadkiem. Zawsze gdzieś jakieś zlecenia dorywcze, jakiś handel dorywczy, spadające z nieba pieniądze, to było zaplanowaną nauką.

Kiedy nie miałam pieniędzy, kiedy miałam długi, kiedy martwiłam się o swój byt niepomiernie, to jednocześnie moje wszystkie potrzeby na tamten moment były zaspokojone. To też nie jest przypadek. Mieszkałam w różnych miejscach, ale zawsze znalazł się dach nad głową. Bywało tak, że jadłam suchy chleb ze serkiem ale nigdy nie byłam głodna, zawsze znalazło się jakieś jedzenie. Miałam cholerne długi, to prędzej czy później w jakiś niepojęty dla mnie sposób spłacały się bądź nie (ale wtedy stosowałam drogi ucieczki, których oczywiście nie polecam, bo doświadczenie wraca). Jednak to, czego się nauczyłam, to to że moje potrzeby (prawdziwe, nie jakiejś egotycznej chciwości) naprawdę są na dany moment zaspokojone i wcale nie zależą od stanu konta. Mam tego dowód we własnym życiu.

Obecnie mam taką sytuacje, że odcięto mi wszelkie dopływy źródeł finansowania. Mimo, że mam na drobne wydatki, to przy większym zadłużeniu, nie mam „z czego spłacić”. W przeszłości w takich sytuacjach zamartwiałam się, wymyślałam, co tu zrobić, próbowałam na siłę różnych rzeczy, nie wydawałam pieniędzy na swoje potrzeby (uczyć się wydawania pieniędzy umiarkowanie, rozsądnie, to też jest sztuka). Ale są przecież takie wydatki, które zrobić trzeba. I dylemat jest, co zrobić. Głowa zaczyna buzować, aż dochodzi wiele razy do migreny czy totalnego wyczerpania.

Jako, że zaczęłam uczyć się, że wszystko co mnie spotyka, jest moim doświadczeniem, moją lekcją, moją nauką, wreszcie pierwszy raz przestałam krzyczeć jak rozjuszone dziecko, a w spokoju zaczęłam rozpoznawać w tym cenną dla mnie lekcję. Oczywiście, że na początku jest to trudne, ponieważ mój rozum ma zupełnie inną perspektywę i chce mieć „zabezpieczenie”. Mój rozum się po prostu boi nieznanego, braku bezpieczeństwa. Najchętniej to chciałby mieć milion na koncie i żebym mogła z tego korzystać kiedy chcę. Ale tak nie jest.

Jednak w mojej lekcji w ogóle nie o to chodzi. Ja mam nie mieć żadnego zabezpieczenia. ŻADNEGO. Tego mnie Wyższa Mądrość uczy od dawna. Kiedy człowiek nie wie nic, wtedy naprawdę może się otworzyć i zrozumieć, że życie nie polega na ciągłym zabezpieczaniu się, ale na nauce zaufania.

Tyle razy już pisałam o tym, że nie trzeba mieć czegokolwiek żeby spokojnie żyć. Wystarczy tylko zaufanie. Ale to jest trudna lekcja, patrząc czego uczymy się od innych, od szkoły, od mediów. Wszyscy mówią, że trzeba mieć pracę, trzeba mieć oszczędności, trzeba mieć ubezpieczenia, trzeba mieć to i tamto, bo z czego będziesz żyć. Kiedy mówię ludziom, że ja nie miałam stałej pracy i moje oszczędności w ZUS wynoszą zaledwie 600 zł, to z przerażającymi oczami pytają mnie: to z czego będziesz żyć na emeryturze? Idź lepiej do pracy, trzeba zarabiać na emeryturę, tak słyszę. No ale sęk w tym, że po pierwsze ja nie pójdę do pracy, bo to nie moja droga życiowa, a po drugie, ja nie muszę wiedzieć już dziś co będzie za 30-40 lat. Bo ja tego nie wiem. Aż tak daleko nie sięgam. Życie mi tak pokazało przez ostatnie 3 lata, że to Ono decyduje a nie ja, że przestałam ufać „emeryturom”, a zaczęłam wierzyć Sile Wyższej. Skoro czuje opór i to bardzo silny w Czakrze Serca, który ewidentnie mi mówi: żadnej pracy etatowej, zapomnij! A ja wiem, że mam nawet jej nie szukać, to nie będę tego robić, tylko dlatego że społeczeństwo ma wdrukowane że bez emerytury nie dasz rady. Guzik prawda. Dasz. No chyba że w to nie wierzysz. Ja chcę, czy nie chcę uczę się tego i wiem, że po coś to się dzieje. Zresztą odkąd pamiętam zawsze byłam indywidualistką i chodziłam własnymi drogami. I to też nie jest przypadek.

Wracając do mojej historii, ktoś by powiedział: to co, teraz usiąść i płakać? Nie. Mam usiąść i posłuchać co Mądrość Wyższej Instancji ma mi do powiedzenia. I wreszcie dociera do mnie, że wygląda to właśnie tak:

Życie w radości, spokoju, polega na ufności tego, że każdego dnia prowadzi Cię wyższa Mądrość, która układa Twój dzień po swojemu. Po to dostałaś Intuicję, żeby jej posłuchać, żeby z niej korzystać jak z radaru, jak z drogowskazu. Kiedy wstajesz rano, poczuj, na co masz ochotę, idź za tym. Zaufaj i idź. Niczego się nie obawiaj, nie twórz żadnych historii, nie mów wiecznie „ale..”. Przestań się bać życia. Życie w nowej rzeczywistości jest spontaniczne, spokojne, bez obaw i zmartwień. Każdego dnia jesteś prowadzona i doskonale wiesz co masz zrobić, czym się zająć, gdzie pójść, z kim się spotkać. Po to dostałaś wolność, abyś nauczyła się na nowo żyć. Idź za tym co czujesz, za tym co chcesz robić. A pieniądze? Nie martw się nimi. Wcale nie trzeba na nie „pracować”, wcale nie trzeba ich „zarabiać”. Otrzymujesz je, wtedy kiedy naprawdę ich potrzebujesz. Nie musisz mieć własnego planu jak to się zadzieje. Pozwól swojej wewnętrznej mądrości, aby sama pokazała Ci rozwiązania, często takie, o jakich nigdy byś nie pomyślała. Logika musi pojąć, że nie da się nic zaplanować, nic kontrolować, nic mieć „z góry ustalone”, bo każdy dzień jest zupełnie inny. Naucz się żyć swobodnie, tak jakby każdy dzień był kompletnie czystą kartą. Nic nie musisz, szczególnie jeśli czegoś nie chcesz. Rób to, co lubisz, na co masz ochotę i nie przejmuj się tym co będzie, co się wydarzy, bo tak naprawdę nie masz na to wpływu.

Im więcej kontroli w życiu, tym więcej „niepowodzeń” mnie spotyka. Nic się wtedy nie układa, wszystko się wali, następują tzw. zniszczenia. Wszelkie plany idą w łeb, a sytuacja odwraca się tak, że nie wiadomo gdzie „ogon, a gdzie głowa”. Wczoraj też miałam sytuację, która mnie zaskoczyła. Oczywiście, że w zapomnieniu planowałam, że to będzie tak i tak, że ja zyskam tyle i tyle, to będę miała na to i na to. A Mądrość Wyższej Instancji jak pojechała po bandzie niwecząc wszystkie moje „widzimisię” i plany, zadziałała tak, że straciłam wszystkie moje nadzieje, ponieważ sytuacja potoczyła się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Ja tylko usiadłam, rozłożyłam ręce, nie miałam pojęcia co zrobić i tylko pomyślałam: „boże, co teraz?”

No właśnie okazało się, że nic. Mam odpuścić i przestać wszystko kontrolować i planować. Mam zawierzyć i dać sobie spokój z „głowieniem się”, bo to tylko głowa od tego boli. Zaufać, że potoczy się wszystko tak, jak ma się potoczyć. A rozwiązania przyjdą, od takiej strony, od której się pewnie ich nie spodziewam.

Doświadczanie życie nie polega na omijaniu trudnych spraw, nie polega na pobożnych życzeniach, ani na tym żeby wszystko było idealne. Tak nigdy nie będzie. Ja się dowiedziałam że życie polega na tym, że cokolwiek się wydarzy, na pewno dam sobie rade, bo Wyższa Mądrość mnie prowadzi. Na pewno polega na tym, że nie można niczego kontrolować, trzeba dać się ponieść prądowi życia. Tylko wtedy można uzyskać naprawdę boski spokój. Bez względu na sytuację, na problemy, na wyzwania. Na pewno nie można wikłać się w kolejne emocje strachu i z tej obawy zabezpieczać się na amen, bo to i tak nic nie da. Jak człowiek ma coś stracić, to i tak straci. Nie ma na to rady.

Dowiedziałam się, że każdy kolejny dzień może być spokojny, pod warunkiem słuchania swojego serca, swojej intuicji i oduczania się zamartwiania i kontroli. Przecież i tak wszystko jest dobrze, nawet jeśli coś jest źle. To tylko lekcja, nauka, doświadczenie, mające nas zbudować, wesprzeć, wspomóc, pomóc wzrastać i wznieść się na kolejne wyżyny świadomości.

Nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny, naprawdę tworzymy swoje życie. Ostatnio przeczytałam na blogu redaktor bezczelnej tak mądre słowa, że wryły mi się w głowę. Moje nastawienie od razu się zmieniło, przestałam obwiniać, krytykować, mówić: to oni mi to zrobili”! Nie, ja sama to sobie robię, bo chcę zrozumieć, jak mam żyć od nowa. W spokoju. W radości. W ufności. Cokolwiek tracę, już wiem, że idzie lekcja. Idzie nauka, idzie zrozumienie. I ode mnie zależy czy usiądę i zacznę krzyczeć jak małe dziecko histeryzując, że to niesprawiedliwe, czy uspokoję się i podejmę wyzwanie zrozumienia, o co w tej lekcji chodzi.

Bo każda lekcja jest mową Duszy, czy nam się to podoba czy nie. My jesteśmy tu z własnej woli, nieprzymuszonej, dlatego że chcemy się uczyć. Pojmować to życie od nowa. I obserwować co działa, a co nie. Wszystkie problemy są mową Duszy, ale czy my umiemy jej słuchać? Czy mamy w sobie pokorę, aby zapytać: no dobra, o co chodzi, dlaczego mnie to spotyka, dlaczego ciągle przyciągam to samo? I okazuje się, kiedy człowiek jest otwarty, to odpowiedzi przychodzą. Otwartość na znaki powoduje, że odpowiedzi naprawdę przychodzą. A wraz z nimi naprawdę niebiańskie rozwiązania.

Zawsze marzyłam o tym, żeby być wolną, ale ta ma swoją cenę. Cenę zrozumienia, cenę zupełnie innego podejścia do życia. Totalnie odmiennego od tego, którego nauczyłam się w domu rodzinnym, w kościele, w szkole, z mediów.

Psioczyć na życie jest bardzo łatwo, to postawa cały czas naburmuszonego dziecka, ciągle mającego pretensje do Boga że nie dał mi tego, nie dał tamtego. A dał to czego nie powinien. Jednak jakbyśmy nagle mieli okazję zobaczyć swoje życie z innej perspektywy, to okazałoby się, że właśnie to na co psioczymy jest istnym darem dla nas. Życie nigdy się nie myli. Życie nie jest nudne, życie jest naprawdę duchowe, ale żeby to pojąć, trzeba otworzyć swoje serce i posłuchać co ono na do powiedzenia.

To nie jest łatwe w ferworze zmartwień, problemów, ciągłych niepowodzeń. Ale to tylko oznacza, że już czas, czas zrozumieć i pojąć od nowa, o co w tym wszystkim chodzi. I nawet jeśli droga nie jest łatwa, to na pewno warta nowego pojmowania swojego życia. Kiedy przychodzi pokora, przychodzi zrozumienie.

Wstając dziś rano, po wczorajszej „burzy” pewnych spraw, na które miałam „swój plan” usiadłam i powiedziałam no i co teraz mam zrobić? I tylko poczułam, nic, zaufaj, dzień sam się ułoży. Spokojnie, dzień sam się ułoży. Jedyne co masz zrobić, to posłuchaj Swojego Serca. Poczuj Jego wołanie i po prostu Go posłuchaj. Tylko tak zbudujesz zaufanie do swojej wewnętrznej Mądrości.

I właśnie to, że obecny czas jest dla mnie ogromną dozą wolności (czasem aż nerwica mnie bierze od tej wolności, tak nie jestem do niej przyzwyczajona), ma swój sens. Po latach pracoholizmu, nerwicy, depresji, życia w ciągłym lęku, biegu, zamartwiania się o wszystko, potrzebuję reset. Totalny reset. I go mam. I zaczynam widzieć wszystko w innych barwach. Jeszcze wiele nauki przede mną ale ta jest jedną z nich: zaufanie i spokój. Tak po prostu.

Każdy jest na swojej własnej drodze, na takiej, na jakiej ma być. Nic nie jest pomyłką, nic nie jest „nie tak”. Wszystko jest dokładnie takie, jakie ma być, dokładnie takie. Życie jest proste, pod warunkiem, że pojmujemy zasady jakimi się Ono kieruje. Pod warunkiem, że spokorniejemy, aby zrozumieć, czego Ono nas chce nauczyć. Pod warunkiem, że uznamy iż Wyższa Mądrość wie, czego nam potrzeba. I damy się temu ponieść, z otwartym sercem. Bo kiedy drzwi się zamykają, to znak że czas lekcji, ale kiedy się otwierają, to znak, że czas iść naprzód.

Na koniec tylko usłyszałam jak Serce powiedziało: ze mną nie zginiesz! :)

 
 

Jak może nastąpić uzdrowienie między kobietą a mężczyzną?

27 cze

a2c94fda-922d-4763-8e48-cbb76f7e35b8_20091125024351_Tenjedyny

Mężczyzna pragnie zaspokoić kobietę. Dać jej rozkosz, spełnienie, błogość, wypełnić tą seksualną energią. Mężczyzna spełnia się w tym, kiedy może zaspokoić swoją kobietę. Kiedy może to zrobić bez zahamowań, swobodnie, bez oporów, wtedy to zaspokojenie jest błogością, rozkoszą.

Kobieta po prostu kocha mężczyznę. Okazuje mu miłość, czułość, troskę. Od najmłodszych lat, mężczyzna potrzebuje czuć, że matka, babka, potem partnerka go po prostu kocha. Dla niego nic innego się tak nie liczy jak miłość od kobiety. Kochany mężczyzna dostaje power, wigor, potężną siłę, która prze go do przodu, czy to w działaniach materialnych, zawodowych, czy w seksie.

Harmonijny mężczyzna który ma poczucie, że jest kochany, nie będzie agresywny. Nie będzie napierał, nie będzie gwałcił, nie będzie miał niepohamowanych zapędów seksualnych. Jako świadomy mężczyzna, będzie chciał po prostu dać kobiecie rozkosz, o jakiej ona marzy.

Kobiety zadaniem jest otworzyć swoje łono na mężczyznę, nauczyć się ponownie Mu zaufać. Nauczyć się Go po prostu kochać. Nic więcej. Kobieta nie potrzebuje uzyskać miłości od kogokolwiek, bo Sama Jest Miłością. Jej Serce kiedy jest otwarte, to przepełnia Ją tak wielką Miłością, że chce tylko dawać, okazywać i przekazywać tę miłość.

Zadaniem mężczyzny jest napełniać Kobietę rozkoszą o której ona marzy i pragnie. Wypełniać Jej łono ponowną Energią Błogości, Rozkoszy, Spełnienia, bo o tym marzy i pragnie.

Nieprawdą jest, że mężczyźni myślą tylko o seksie, ponieważ to kobiety podświadomie marzą o błogości i rozkoszy. Niestety przez wiele wieków wydarzyło się mnóstwo takich sytuacji, które zablokowały zarówno kobiety jak i mężczyzn. Wiele kobiet przestało kochać mężczyzn, przestało im ufać, zamknęły się na nich. Jednocześnie zablokowały się na ich energie błogości, rozkoszy i spełnienia i zaczęły objadać się, tyć i zaczęły stawać się „męskie”. Odrzuciły mężczyzn.

Ci z kolei poprzez poczucie odrzucenia, stali się agresywni, zaborczy, władczy, demoniczni, ponieważ ich energia seksualna została odrzucona, co jest dla nich dramatem. Zablokowany mężczyzna dostaje tzw. „schizy” kiedy chce, a nie może, bo nie ma ujścia Jego tak wielkiej często i potężnej energii seksualnej. A ta jest symboliką siły życiowej, zdrowia, witalności, którą kobiety tak bardzo potrzebują by stać się delikatne, zdrowe, kobiece, by mogły rodzić silne i zdrowe potomstwo.

Uzdrowienie przyjdzie gdy zmieni się świadomość, kobiet jak i mężczyzn.

Kiedy kobieta zacznie kochać najpierw swojego Ducha, zrozumie, że Jego przejawy agresywności i uzależnień w mężczyznach to efekt braku miłości, efekt odrzucenia. Kiedy na nowo Go pokocha, otworzy przed Nim swoje serce, duszę i łono, wówczas Duch napełni kobietę tę energią której ona potrzebuje do życia. Napełniona kobieta jest spełniona, wygląda młodziej, kobieco, jest delikatna, ufna, a przede wszystkim uzdrawia mężczyzn, bo wie, że ich po prostu kocha. Po prostu ich kocha.

To nie mężczyźni potrzebują seksu, a kobiety. To nie kobiety potrzebują miłości, a mężczyźni. Kiedy wchodzi się na wyższy poziom świadomości klaruje się to wszystko doskonale. Uzdrowienie przychodzi diametralnie.

Ja jako kobieta mam taką rolę, aby uzdrawiać i Mojego Ducha i mężczyzn, którzy byli obecni w moim życiu, bez względu na to co przynieśli, czym mnie obdarowali. Ukochałam ich w tych ich uzależnieniach, agresji, wrogości, ukochałam jego demony, jego gwałty, jego wszystkie „mroczne zachowania”. Zobaczyłam Oczami Bogini Jak bardzo mój Duch woła o miłość. Jak bardzo mężczyźni wołają o miłość. Jak bardzo kobiety odwróciły się od mężczyzn, stały się zaborcze, bo poczuły tę ogromną krzywdę w swoim łonie. Jednak tylko kobieta może sobie pomóc, poprzez Miłość, którą jest. Bo Kobieta to Miłość, to Ona ma otworzyć swoje serce i wtedy poczuje w sobie miłość i nastąpi Jej własne wewnętrzne uzdrowienie.

Kiedy to nastąpi przebaczy mężczyznom i na nowo zacznie ich po prostu kochać. Bez warunków. Kiedy zacznie ich kochać, energia popłynie swobodnie, a Oni zaczną dawać jej rozkosz, tę utęsknioną rozkosz która daje kobiecie spełnienie i poczucie niezwykłej błogości. Łono uzdrawia się i energia swobodnie płynie.

Czuję, że wiele chorób w tym rak, ma podłoże ogromnych ran w ciele. Ogromnego krzyku, ogromnego odrzucenia i braku miłości. Jednak jest możliwy powrót do harmonii, poprzez ponowne uzdrowienie. A tym uzdrowieniem jest między innymi wyższa świadomość. Zrozumienie, że kiedy mężczyzna będzie ukochany, to kobieta będzie spełniona.

To są moje osobiste przemyślenia, wynikające z wiedzy otrzymanej od Boga i ze swoich doświadczeń jakie przyszło mi uzdrawiać. Po części to wiedza Faridy Sorany, ale „przetrawiona” przeze mnie na nowo, z pomocą mojego Ducha, którego na nowo pokochałam. A On na nowo uzdrawia mnie, moje łono i moje relacje z ludźmi, w tym z mężczyznami.

 
 

Dlaczego wolność ma swoją cenę?

22 cze

1389456018_zbvrwv_600

Kolejny raz Siła Wyższa zaskakuje mnie swoją mądrością. Po wczorajszej nocy świętojańskiej, która była wewnętrzną szczęśliwością dla mnie, dziś pora na kolejną dawkę wiedzy. Od rana czułam bunt, złość, żal, tak naprawdę na wszystko dookoła. Najbardziej poruszona jestem zniszczeniami jakie dokonywane są w Puszczy Białowieskiej, nie mogę się pogodzić z tym, co się tam dzieje. Jednak jest to zalążek tego co tak naprawdę Siła Wyższa chciała mi dziś przekazać i nie chodzi tutaj tak naprawdę o ten cudowny białowieszczański las.

Zniszczenia dokonywane są na każdym kroku, ostatnio wszędzie je widzę. Nawet w moim małym miasteczku są one dokonywane, ludzie co poniektórzy (jakby w nich diabeł wstąpił) również zachowują się co najmniej dziwnie. Aż sobie pomyślałam, co jest? Kurde mol?

Patrząc na siebie i swoje życie, to ono również zostało „zniszczone”. Wszystko co do tej pory miałam, a właściwie czego się „uczepiłam”, zostało zabrane, zniszczone. Odkąd pamiętam, mam takie poczucie, że wiecznie ktoś mi coś zabiera. A to zabawki w piaskownicy, a to lalki, a to moje zabawki, pamiętniki. Kiedy dorastałam, miałam wrażenie, że inne dziewczyny zabierały mi chłopaków. Idąc tym tropem, to koleżanki również „były tylko przez chwilę”. Potem jakaś niewidzialna ręka po prostu mi je „zabierała”. Albo nasze relacje się rozwiązały albo koleżanka wyjechała albo była kłótnia, po której każda poszła w swoją stronę albo jeszcze coś innego.

Dachu nad głową też zbyt długo nie miałam. Na studiach zmieniałam stancję kilka razy, w Szczecinie też chyba ze 3 razy bo wiecznie coś się działo, potem w Zielonej Górze też kilka razy. Za każdym razem coś było nie tak, zdarzało się, że byłam wyrzucana ze stancji i ciągle miałam poczucie, że ktoś mi coś zabiera. Nigdy nie mogłam znaleźć swojego miejsca, nawet wracając do domu rodzinnego, ze skulonym ogonem, też nie mam tu własnego miejsca.

Moja apodyktyczna matka też jest taka władcza, że mam wrażenie, iż ciągle mi coś zabiera. Ile ja walki i stawiania granic w to wkładam, to wiem tylko ja. I niestety mimo lekcji asertywności, ciągle mam wrażenie, że z czymś walczę.

A to rozrabiający sąsiedzi, a to pijana młodzież pod blokiem, a to hałasy za ścianą, a to głośno grający telewizor, że aż swoich myśli nie słyszę, a to bucząca muzyka na cały regulator, że nie idzie wytrzymać…No zwariować można. Momentami naprawdę nie wiedziałam, co mam zrobić. Ucieczka, no wiadomo, nie ma jej…Bo wszelkie możliwości Siła Wyższa mi odebrała.

I w pewnym usiadłam i zapytałam: co jest? Ale o co chodzi? Dlaczego mam poczucie, że ciągle z czymś walczę, a na dodatek ciągle mam wrażenie, że ktoś mi coś zabiera?

I jak to zwykle bywa, Siła Wyższa dała mi odpowiedź.

Trzecim Okiem szybko zostało mi pokazane moje życie jak w kadrze filmu i nagle…zobaczyłam go z innej perspektywy… Zupełnie innej. Tak jakby mi ktoś włączył zupełnie inną świadomość.

Przede wszystkim przypomniałam sobie, że od dziecka marzyłam o wolności. Uczenie się tej prawdziwej wolności ma swoją cenę, nie oszukujmy się. Po drugie, wolność to brak przywiązań do czegokolwiek. DO CZEGOKOLWIEK! Ups… i tu jest pies pogrzebany.

Właśnie sęk w tym, że ja bardzo szybko, jak taka mała przylepa, przywiązywałam się do wszystkiego co było miłe, ciepłe, sympatyczne, pełne miłości i dawało coś czego mi w głębi serca brakowało. A to ludzie, a to miejsca, a to mężczyźni, a to jakieś inne przyjemności. Nie zdążyłam na dobre się z tym zaprzyjaźnić a tu…pstryk! I lampa zgasła, co w moim tłumaczeniu oznacza, że Siła wyższa sprzątnęła mi to sprzed nosa zanim zdążyłam to „ukochać”.

Oglądając to wszystko z perspektywy innej świadomości, okazało się, że to właśnie jest wolność. Pozwolenie, aby zniszczenia dokonywały się wedle Boskiej woli. Oczywiście trzeba odróżnić, gdzie próbujemy na siłę coś zostawić i walczymy o to, a gdzie faktycznie mamy wziąć sprawy w swoje ręce i działać by coś zmienić. To jest ogromna różnica. W pierwszym przypadku działa się z pozycji strachu czyli słabości, a w drugim z pozycji siły.

Ja dopóki opierałam się zniszczeniom, jakie Siła Wyższa dokonywała w moim życiu, nie rozumiejąc o co chodzi, to stawały się one moją traumą, bólem, żalem, złością, poczuciem niesprawiedliwości. Dlaczego mi to zabierasz! Krzyczałam wielokrotnie. Dlaczego mnie krzywdzisz! Dlaczego mi nic nie dajesz, a tylko zabierasz! Dlaczego nie mogę mieć nic swojego!

No i Siła Wyższa czekała, aż się uspokoję, aż będę gotowa do wyższego zrozumienia. I stało się. Dosłownie dzisiaj rano. Zrozumiałam, że mam odpuścić, tam gdzie walczę. O uwagę, o pieniądze, o prace, o miejsce na świecie, o wszystko to, co z uporem maniaka walczę, do upadłego byleby tego nie stracić. A przecież i tak stracę.

Okazało się, że ja się bałam przemiany. Bałam się zniszczeń bo nie wiedziałam, co będzie, co się stanie, co się wydarzy, jak to będzie i czy sobie poradzę. To jest po trochu lęk małego dziecka, które traci mamę i nie wie, czy sobie poradzi w tym „okropnym” świecie. Tak bałam się, wystraszyłam się tego co będzie po zniszczeniach. A bałam się, bo nie mam oglądu z mojej małej perspektywy, na to co Bóg widzi z większej, czyli swojej.

A Siła Wyższa z takim stoickim spokojem powiedziała tylko: po zniszczeniach jest nowe odrodzenie. Kiedy to zaakceptujesz, doznasz zupełnie nowego odrodzenia. Spojrzenia. Ufności. A Przede wszystkim spokoju. Bo dopiero w spokoju, można podejmować właściwe decyzje w życiu.

I to jest prawdą, patrząc na to jak Siła Wyższa zniszczyła moje ciało (o czym pisałam w poprzednim artykule) na rzecz zupełnie nowej świadomości. Tak, właśnie tak to jest, my się boimy bo nie wiemy co będzie dalej. Bo nie nauczono nas ufności, a także tego że poczucie bezpieczeństwa jest w nas, a nie na zewnątrz. Kiedy tracimy coś ważnego, cennego, to boimy się, jak będziemy bez tego żyć?

No musimy żyć od nowa, zupełnie od nowa opierając się na tym, że cała Boska wiedza w nas pokaże nam zupełnie nowe rozwiązania, dokładnie takie, jakich potrzebujemy. Choć na dany moment nie mamy zielonego pojęcia, co się wydarzy.

Zniszczenia jakich ja dotykam pokazują mi również to, że wolność to pomysłowość. Wolność to bezpieczeństwo, wolność to swoboda.

Kiedy byłam wyrzucana ze stancji na bruk, naprawdę, nagle ni stad ni zowąd pojawiała się taka opcja, o której nigdy w życiu bym nie pomyślała. Nie byłam w stanie tego ani zaplanować ani kontrolować ani sobie wymyślić. Po prostu akurat w tamtym dniu kiedy wyrzucono mnie ze stancji jednocześnie mąż koleżanki wypływał w morze. Miała akurat miejsce w domu (wolne łóżko) i tylko dlatego, że męża nie było, mogła mnie „przekimać” przez najbliższy miesiąc. Po miesiącu ona wyrzuciła mnie z domu (bo mąż wracał z morza) i znowu nie miałam się gdzie podziać.

Istnym „rzutem na taśmę” – w ciągu kilku dni ( w co dziś nie mogę nadal uwierzyć) znalazłam jakąś byle jaką pracę na zlecenie i pokój (wtedy kosztował 400 zł). Pieniądze pożyczyłam od innej koleżanki bo ich nie miałam. I kiedy po przeprowadzce na pokój usiadłam to myślałam, że padnę z wrażenia. Trudne doświadczenia cholernie, ale tak pokazujące, czym jest zniszczenie, odrodzenie i wolność, że dziś mogę powiedzieć: Tak, chcę tak żyć.

Z jednej strony w ogromnej niepewności tego co będzie jutro, a z drugiej w ogromnej ufności do Boga, że zna On naprawdę takie rozwiązania, o jakich nam się nie śniło.

Bóg nie niszczy człowieka, tylko jego iluzje, na temat świata, życia, funkcjonowania. Pokazuje za tymi drzwiami zniszczeń iluzji, jak możemy żyć, jeśli tylko jesteśmy gotowi i mówimy życiu: Tak. Swoją droga przypomniał mi się film „Powiedz życiu TAK”, polecam! Wnioski do wyciągnięcia samodzielnie ;)

Bóg całe życie mnie uczył i chciał pokazać, że nawet jeśli niczego nie mam w zapasie, na koncie, żadnego zabezpieczenia materialnego, to i tak jestem bezpieczna w Jego ramionach. Nie muszę nic wiedzieć, wystarczy, że poddam się temu co czuję, co pokazuje mi Życie, zaufam temu do końca i na pewno na tym nie stracę. Jedynie zyskam tak cenną wolność, o jakiej marzę od dziecka. I to nie jest przypadek kiedy marzyłam o tym by założyć wygodne buty, wziąć plecak i ruszyć przed siebie w siną dal. Już wiem, co te marzenia miały mi pokazać. Chciały na pewno powiedzieć:

OBUDŹ SIĘ I ZACZNIJ ŻYĆ!

A co do zniszczeń jakie dzieją się naokoło, również na łonie natury, to jeśli faktycznie realnie nie mogę nic z tym zrobić, to jedyne co mogę, to połączyć się emocjonalnie z tym bólem w sobie, ukochać go i zaakceptować, że te zniszczenia mają sens. Nie wiem do czego to doprowadzi, ale „jeśli czegoś nie możesz zmienić, zaakceptuj to” i tego się po prostu uczę. To również mój ból, moje krzywdy i na pewno te krzywdy ukocham. A to co się potem wydarzy na zewnątrz, to Bóg jeden wie. I niech będzie jego wola.

I z ludźmi jest dokładnie tak samo. Nie zmienię ich na siłę, nie mam takich możliwości. Jeśli sami z siebie nie chcą się zmienić, to jedyne co mogę zrobić, to zaakceptować ich po prostu. A złość, ból i żal jaki we mnie wywołują ich zachowania mogę ukochać w sobie, w swoim sercu, co czynię, bo Bóg mnie tego po prostu uczy.

Nie uciekajmy od życia, od problemów, nie walczmy na siłę, dajmy się poprowadzić Mądrości Serca, ono pokaże właściwy kierunek, rozwiązanie, drogę i zaakceptujmy to wszystko, czego na dany moment zmienić nie możemy choć bardzo chcemy, czy nawet próbujemy.

O dziwo, pisząc ten artykuł, dzieją się we mnie jakieś zmiany (wiedziałam, że to dla mnie będzie terapia), bo jak widzę, jak panowie za oknem ścinają trawę, już mnie to nie złości jak do niedawna. Bo ja kocham naturę i zostawiłabym ją samej sobie, ale niestety ten świat póki co wygląda inaczej. I faktycznie akceptacja tych wydarzeń, których zmienić nie mogę prowadzi do zrozumienia, wiedzy i wolności. O czym się pewnie nie jeden raz przekonam.

 
 

Dar od Boga nadzieją na wyzwolenie

21 cze

16806663_1198737796910967_7065225265300699858_n

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego ja nie mogę mieć tego czego chcę? Dlaczego inni mają wszystko o czym marzą, a ja muszę się zadowolić tym co mam? Już jako mała dziewczynka pragnęłam mieć i to i to i tamto. I ciągle tylko słyszałam, nie dostaniesz, nie zasłużyłaś, nie mam pieniędzy żeby Ci kupić, itd. itd.

Było mi bardzo przykro ale myślałam, że z biegiem lat się to zmieni. Skończę szkołę, pójdę do pracy i zarobię sobie na to co chcę. I ….guzik zobaczyłam….To poczucie niewoli towarzyszyło mi przez całe życie, odkąd skończyłam szkołę, studia i pierwsze lata dorosłego życia. Próbowałam absolutnie wszystkiego co tylko mogłam, żeby tylko wyjść z tej „chorej” niewoli. Od dziecka marzyłam o wolności (finansowej, duchowej, mentalnej, osobistej) nawet jeśli nie miałam pojęcia co to tak naprawdę znaczy. W sercu, duszy czułam, że gdzieś ta wolność jest mi pisana.

Niestety codzienne życie to była istna niewola. Niewola spowodowana lękami, przekonaniami, schematami, mocno zakorzenionymi paradygmatami (nawet z poprzednich wcieleń). I dopóki nie „zjechałam” mocno w głąb w siebie, „gówno” mi wychodziło. Ani związki, ani praca, ani pieniądze ani wolność nie wychodziła mi i nijak nie wiedziałam, dlaczego. Innym układało się to życie jakoś, a ja całe życie miałam pod górkę.

Jeszcze na dodatek mimo ucieczek z domu, ciągle tu wracałam. Do kolejnego „piekła niewoli” z ogromnym bólem, krzykiem i nienawiścią do całego świata. Boże, dlaczego mnie to spotyka! Dlaczego ja! Z pełną gamą epitetów niecenzuralnych słów. Odkąd skończyłam 25 lat, ciągle jak bumerang wracam do niewidzialnej klatki niewolniczej i na nic się zdają cudze argumenty, porady, czy pomoc. Mnie nic nie pomaga, bo blokada gdzieś głęboko jest bardzo silna. Ucieczka także została „ucięta” ponieważ i siły fizyczne odmówiły posłuszeństwa.

Co tu zrobić? Boże, co ja mam zrobić? Dlaczego ja muszę mieszkać z rodzicami, w tej klatce niewolniczej, z matką w jednym pokoju? Boże, dlaczego? Cały czas ten żal pojawia się w mojej głowie, sercu, duszy. Próby ucieczki, planowania ucieczki spaliły na manowcach wielokrotnie, nawet obecnie nie mam żadnego na to planu.

Krzyk mojej Duszy rozrywa mi serce każdego dnia, za każdym razem kiedy mam uczucie, że się tutaj po prostu duszę. I co najśmieszniejsze (Bóg ma poczucie humoru) – dzieje się to dla mojego dobra, o dziwo. Ale niestety tak jest.

Jakie to dobro? Można zapytać. Długo się nad tym zastanawiałam. Ale pojawiła się odpowiedź.

Jako, że jestem „wybrańcem” do trudnej roli, jednocześnie Bóg obdarował mnie niezwykłym darem jasnowidzenia, który zaczęłam odkrywać kilka lat temu. Jest to dobrze rozwinięte trzecie oko, którym można zobaczyć bardzo wiele, pod warunkiem że się w to wierzy, co się nim widzi.

Niestety moja przeszłość ( w tym reinkarnacyjna) nie jest usłana różami. Kiedy tylko byłam gotowa, Bóg zaczął mi pokazywać moje ważniejsze wcielenia, które na moje obecne mają ogromny wpływ. Zawierzyłam temu co poczułam, co zobaczyłam i zaczęłam to integrować. Nagle okazało się, że wiele spraw problematycznych, które mam w obecnym życiu, mają swoją przyczynę nie w mojej głowie, czy też podświadomości, a jeszcze dalej, mianowicie w przeszłych wcieleniach.

Nie mówiąc nic nikomu, po prostu zabrałam się za robotę, tak jak to poczułam. W pewnym momencie usłyszałam wewnętrzny głos, że właśnie stamtąd biorą się moje problemy, które wymagają głębszego zrozumienia i głębszej integracji niż zwyczajne „techniki psychologiczne”. Od razu pojęłam to, że ja nie mogę chodzić do psychologa, bo uzna mnie za wariatkę. Zresztą i tak moje próby terapii się nie powiodły, a i psychiatrzy z mojej miejscowości rozkładali niejednokrotnie ręce, kiedy byłam u nich pierwszy raz te 3 lata temu.

Po prostu zrozumiałam, że dar jaki mam w sobie, nie jest mi dany bez przyczyny. To moja wielka wewnętrzna mądrość, której jeszcze muszę zaufać, zanim w pełni się nią posłużę. Tam w tej Komnacie Serca zawarte jest wszystko czego potrzebuję, tylko czy ja temu ufam? Jeszcze nie do końca.

Natomiast to co jest mi pokazywane za pomocą trzeciego oka, wprawia mnie w osłupienie do tego stopnia, że muszę się nie raz uszczypnąć. Czy to naprawdę ja? Taka skromna dziewczyna spod zielonogórskiej małej miejscowości? Ta, która była wyśmiewana, wytykana palcami, poniżana, krytykowana, z niskim poczuciem wartości, bez grona przyjaciół, bo zawsze jakaś „jędza” znalazła we mnie obiekt żartów? I mimo tego jednocześnie mam ogromny ogląd w świat duchowy do tego stopnia, że musiałam go iście mocno, w gorących płomieniach śmierci duchowej tak dotknąć, żeby uwierzyć?

Ano okazuje się, że to ja. Taka mała skromna dziewczynka, która myślała, że też będzie szarą myszką jak jej eks koleżanki ze szkoły. Że pójdzie do pracy, wyjdzie za mąż i będzie miała dzieci. A jednak życie pokazało mi środkowy palec i potoczyło się zupełnie inaczej. Bóg zechciał pokazać mi coś bardziej „kosmicznego”, w co nadal nie mogę uwierzyć.

Odkąd pamiętam, to zawsze miałam wrażenie, że jestem inna. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Nawet moja pielęgniarka ze szkoły podstawowej mi to mówiła: „Basia, Ty jesteś inna”, za każdym razem, kiedy tylko cuciła mnie po omdleniach, gdy dawano mi szczepionkę.

Już jako dziecko miałam wrażenie, że wiem więcej. Ale nie wierzyłam temu, no bo przecież rodzice, szkoła, nauczyciele, księża mają rację…

A teraz, wśród niewyobrażalnie trudnych wyzwań, jakie mam na co dzień, nagle okazuje się, że nie ma na nie tradycyjnych rozwiązań. Mogę to zrobić jedynie ja samodzielnie, z pomocą moich darów, jakie otrzymałam, ale wola należy do mnie.

Wracając do mojej niewoli, okazało się, że w którymś moim wcieleniu, byłam niewolnikiem. I coś czuję, że wielokrotnie. I to doświadczenie było na tyle mocne, że utrwaliło się w mojej psychice. Schodząc na ziemię obecnie, Dusza wiedziała, że muszę wrócić do tego doświadczenia i na nowo je „obejrzeć”, już innymi oczami. A jak wiadomo Dusza pamięta wszystko i wszystko ma skrupulatnie „zanotowane”.

Mam to mocno zakamuflowane, aż do szpiku kości można powiedzieć. Stąd też żadne sposoby zewnętrzne nie działają, żeby mogła się uwolnić, ponieważ świat jak lustro i tak odbije to, co mam w środku. Skoro nic nie działa, żadne afirmacje, wizualizacje, praca z podświadomością, to co takiego mogę zrobić?

Zrobiłam to co, podpowiedział mi sam Bóg. Mianowicie pokazał mi, poprzez trzecie oko, moje doświadczenia niewolnicze z przeszłości, moje odczucia, emocje, mój ból, złość, strach, poczucie beznadziei, bezsilności. Odczułam to ponownie, ale już świadomie. Wiedziałam, że tylko powrót do tamtych wydarzeń za pomocą wizji trzeciego oka będzie w stanie na dobre mnie z tego „uzdrowić”. I tak faktycznie się stało, wykrzyczałam cały ból, „wyrzygałam” go wręcz, ten ból, którego wtedy w tamtym wcieleniu nie mogłam wyzwolić, bo nie było wolno tego zrobić. W tamtych czasach niewolnik musiał być poddany, bo inaczej czekała go śmierć. I tak też zrobiłam z wieloma innymi wcieleniami, które nie były „uzdrowione”, a ich efekty odczuwam w obecnym wcieleniu. Tak przy okazji stąd też właśnie moje omdlenia, które mam od dziecka.

Jak wiadomo, nie ma znaczenia, czy żyjesz obecnie, czy w przeszłości, emocje to emocje, jak są zakamuflowane, to są. I czekają na uzdrowienie. Każdy musi znaleźć własne sposoby. Ja znalazłam taką metodę, a tak naprawdę sama się znalazła, kiedy się na nią otworzyłam. Łączę ją z pracą z podświadomością, czy z pracą z Wyższą Jaźnią, ale to tak pięknie razem się dopełnia, że aż serce rośnie. I to też pokazało, mi, dlaczego odeszłam od tradycyjnych farmakologicznych metod leczniczych. Choć ich nie neguję, ale wiem, że ja miałam „dotknąć” wyższych technik pomocy.

Ja już wielokrotnie widziałam swoje poprzednie wcielenia, pierwszy raz chyba w 2012 roku. Jednak wtedy moja świadomość była jeszcze na innym poziomie i nie mogłam tego uzdrowić świadomie. Obecnie, kiedy mam kontakt z Wyższą Jaźnią (Bóg, Anioł, Siła Wyższa, zwał jak zwał), wiem, że każda forma uzdrowienia jaka tylko przychodzi w Jaźni jest możliwa.

I naprawdę zaczynam temu ufać. Świat duchowy jak kiedyś był dla mnie traumą (jawił mi się jako Demon, Szatan, kosmici i Bóg wie co jeszcze), tak teraz staje się nowym domem. Widzę oczami innymi niż dawniej, a Serce Duchowe rozkłada swoje płatki tak mocno i szeroko, że mam wrażenie, iż czuję cały wszechświat.

Nie neguje tego, co Bóg mi ofiarowuje, jednak dziele się tym tylko z osobami, które są na to otwarte. Trudno mi się żyje, gdy wokół ludzie wciągnięci są tylko w materializm, nie mając pojęcia o świecie duchowym. Ale nie tym, którym zostali przesiąknięci w kościele, tylko tym który się odsłania, kiedy otworzy się własne serce, umysł i duszę.

Nie sądziłam, że będę musiała przejść przez tak wiele dróg różnych metod duchowych, tyle poznać, żeby w efekcie pojąć, iż to ja jestem dla siebie nauczycielem, pomocą i terapeutą. Ja naprawdę mam tę moc i potrafię to zrobić, tym bardziej że poznaję siebie i mocno odczuwam blokady, jakie stoją mi na drodze do mojej wolności.

Obecnie mogę powiedzieć, że nie wyjdę z domu rodzinnego dopóty, dopóki nie uporządkuję spraw wewnętrznych, z przeszłości, nie poczuję siły i mocy by wyruszyć naprzód. Ile mnie to kosztuje, wiem tylko ja, bo mam „w bagażu” tyle lęku, poczucia zagrożenia, że sama nie wiem, gdzie to właściwie mieści. Mam wrażenie że moja cała Dusza jest momentami przepełniona lękiem i wiem że to ja mogę Ją z tego uzdrowić. A da się, bo już to sprawdzałam.

Farida Sorana nie raz mówiła, że gdy w domu panuje atmosfera złości, buntu, krzyku, demon aż krzyczy o uwolnienie, to czas na to aby pójść na swoje. Ja bardzo chciałam tak zrobić w tym roku, miałam nawet na to plan, ale Siła Wyższa zatrzymała mnie powodując mój upadek w toalecie, omdlenie, czego efektem było mocno stłuczone kolano do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Nie mogłam się ruszać, wszystko mnie bolało, nie wiedziałam co się dzieje. Na pytanie swojej wewnętrznej mądrości, czy mam jechać do lekarza, usłyszałam bardzo mocne i stanowcze: NIE!

Ok, posłuchałam i zawierzyłam temu. Zresztą już nie pierwszy raz, gdyż wielokrotnie, gdy „chorowałam” to powierzyłam siebie wewnętrznej mądrości, a nie lekarzowi. Ale było to tylko wtedy gdy słyszałam w duchu, że mam nie jechać do lekarza. W innym przypadku pojechałabym.

Kiedy tak przez pierwsze miesiące leżałam w łóżku, działo się w mojej psychice, ciele, głowie bardzo wiele. Nie wszystko rozumiem, ale wiem, że zmiany zachodzą bardzo mocno. Już kiedyś o tym czytałam, ale że to dotknie akurat mnie? W życiu! A jednak…

Zmiany w DNA, w świadomości, w ciele, zachodzą tak mocno, tak szybko, że czasami za nimi nie nadążam. Co czuję? Czuję rozrost do bardzo wielkiej formy mojej Czakry Serca, jakby była pięknym kwiatem lotosu, coraz bardziej gorejącym energią Boga. To tam następuje całe myślenie, odczuwanie, podejmowanie decyzji. Bóg mi „zabiera głowę” co oznacza, że moje ego poprzez odczucie śmierci zmienia swoją strukturę, a ja mam wrażenie, że ego znika i ponownie się rodzi. Uczucie, dziwne, nieprzyjemne, w ciele wszystko się rozpływa, jakby miało się rozlecieć. Nie czuję ciała w środku, jest próżnia, wszystko jest lekkie, jakby mi ktoś zabrał wszystkie narządy. Nie raz dotykam czy wszystko w porządku, ale są to zmiany tak niezwykłe, że chyba sama nie do końca wiem, co się ze mną dzieje. Wiem tylko tyle, że Świadomość Boska osadza się we mnie na dobre, coraz mocniej, a ciało staje się lekkie jak piórko. Kiedy podnoszę rękę czy nogę, nie czuję tego ciężaru co kiedyś. Tak jakby w środku naprawdę nic nie było. Wierzcie mi, dziwne odczucie.

Na co dzień patrzę innymi oczami, jakbym nie była sobą. Jakbym była kimś innym, z innego wymiaru, jakbym nie była już człowiekiem, a świadomością w ciele. Brakuje jeszcze tylko tego, żebym zaczęła latać, no takie dziwne odczucie. Nie umiem się jeszcze do tego przyzwyczaić, bo to nowa forma mnie, ale uczę się tego.

Te zmiany idą tak mocno, że czasami zastanawiam się, czy ja się jeszcze dogadam z ludźmi. Przecież ja widzę i pojmuję świat już zupełnie inaczej. Moje duchowe oko cały czas się rozwija, poszerza, wiele spraw zaczynam widzieć inaczej. Nie rajcują mnie już takie sprawy, jakie rajcują wiele osób bo patrzę wyżej. Nie odrzucam nikogo, tylko widzę, że z wieloma ludźmi po prostu się nie dogadam, bo ja i oni mówimy już innym językiem.

Jednak jest ziarno nadziei, ponieważ coraz więcej osób doznaje zmian w świadomości i zaczynają odbierać świat w bardziej „duchowy” sposób. Chodzi też o słuchanie Intuicji, pójście za znakami, poleganie na sobie, czy na swoim potencjale. Mamy tak ogromną moc, a tak w nią przestaliśmy wierzyć. Ja również i na szczęście się to zmienia.

Nie wiem jaka będzie moja droga, przestałam się tym zamartwiać. Każdego dnia odkrywam coś nowego i integruję w sobie to co było oddzielone. Mam tylko nadzieję, że w wreszcie poczuję tę wolność o której marzę. I pójdę własną drogą. Pełna mocy, siły i wiary w siebie, tę Boską Siebie, która się staję i przestanę się tego bać czy wstydzić.

 
 

On mnie zdradził!!! Czy aby na pewno???

10 cze

d13ededd-09b4-454d-9cb0-118aa3277d7b_20130731102513_Zdrada-meza-63

Nigdy nie lubiłam, jak ktoś mnie ograniczał, jak mówił co mam robić, stawiał nakazy, zakazy i traktował mnie trochę „rzeczowo”. Od dziecka kocham wolność i tak jest do dziś. W każdej sferze zostają mi pokazywane różne ograniczenia i jednocześnie drzwi do wolności w tym temacie. Kocham przestrzeń, swobodę, wolność, kocham robić to co chcę, kiedy chcę. Nie znoszę ograniczeń. Nie znoszę kajdan, ani wszelkiego rodzaju „więzienia”.

Jednak wychowanie sprawiło że weszłam w kierat ograniczeń dosyć mocno. Cóż, takie doświadczenia. Jednak były mi dane po to by uświadomić sobie, że nie chcę tak żyć. Że chcę inaczej. Droga do wolności jest kręta, czasem trudna, ale wiem że warta przełamywania wszelkich schematów, czy to rodzinnych czy społecznych.

Tak jak w działaniach zawodowych chcę być wolna, tak i w życiu osobistym. I właśnie dziś ten temat wyszedł w rozmowie z moją przyjaciółką. Kiedy człowiek wzrasta, świadomość poszerza się, to i patrzenie nabiera innego wymiaru. Nie będę owijać w bawełnę, chodzi o relacje z mężczyznami. Pamiętam, że już w młodości uwielbiałam z nimi żartować, rozmawiać, flirtować, uwielbiałam ich towarzystwo. Dobrze się czułam w ich towarzystwie, również dlatego że „nie jęczą” tak jak czasem zdarza się to kobietom.

Poznawałam różnych mężczyzn, otwartych, rozmownych, babiarzy, flirciarzy, erotomanów, ale i pasjonatów życia, inteligentów, naukowców, inżynierów czy nawet nałogowców. Ateiści też zagościli w moim życiu. Po latach patrzę na to innym okiem, szerszym. Każdy z nich pokazał mi coś niezwykłego, jakąś wyjątkową cząstkę siebie, nieważne czy był świadomy czy nie. Wspomnienia są i wnioski również i to się dziś dla mnie liczy. Tym, którzy byli wobec mnie agresywni czy nachalni nauczyłam się mówić „nie” stawiając granice dosyć ostre. Natomiast nie zmieniło się jedno: uwielbiam poznawać nowych mężczyzn.

Nie ma dla mnie znaczenia czy są oni w związku, mają żony, dzieci, ponieważ ich natura tak mnie ciekawi, tak samo jak to życie, którego doświadczam. Niegdyś chciałam ich usidlić na siłę, szczególnie jak poznałam kogoś, dla kogo zabiło moje serce. Oczywiście mężczyźni albo uciekali albo znajdowali sobie inne kobiety. Było mi cholernie przykro, bo nie wiedziałam o co chodzi. Do dzisiaj.

Chciałam ich usidlić, ograniczyć, przywiązać, mieć tylko dla siebie. To był rodzaj mojego egoizmu, przywiązania i niestety „zapełniacza” mojej ówczesnej pustki. Tak to wyglądało. Za każdym razem gdy któryś odszedł (w jakikolwiek sposób), płakałam, bolało, miałam żal. Fizycznie wydawałoby się, że mnie zostawiali.

Jednak z duchowego, tego wyższego punktu widzenia, sprawa ma się zupełnie inaczej. Jako, że mam doskonały kontakt z Moim Duchem (Wyższą Świadomością, czy Jaźnią – jak kto woli) już wiem, dlaczego mnie „zostawiali”. I robili na dodatek duchową przysługę.

Po pierwsze miałam ukochać siebie w pełni (wiadomo), z wadami, słabościami, zaletami i całą pełnią jaką mam w sobie. Po drugie: wolność to wolność, ma się objawiać na każdym poziomie. Mam przestać przywiązywać ludzie do siebie, jak też przywiązywać siebie do innych ludzi. Bo prawdą jest że nie da się nikogo „uwiązać”, choćby nie wiadomo jak człowiek się starał. Przykładem jest ostatnia „niespodzianka”, mianowicie śmierć Wodeckiego. Spodziewałby się ktokolwiek? Raczej nie. Facet pełen radości, życia, miłości, kochał to co robił, miał plany. A tu jednak…taka niespodzianka. Wiele osób mówi, że nie powinien odejść, że powinien żyć, że miał dopiero 67 lat. Nigdy nie wiadomo ile każdy z nas ma „wiosen” do przeżycia, bo nie od tego to wszystko zależy. A poza tym mówimy tak, bo przywiązujemy się do ludzi, mając wrażenie że „oni zawsze będą”, że tak szybko nie odejdą. Guzik prawda. Nie mamy na to wpływu.

I dokładnie tak samo sprawa wygląda w związkach. Jak ktoś będzie chciał odejść, zmienić partnera, partnerkę, to prędzej czy później i tak to zrobi. Po prostu. Podświadomie doskonale wiemy co mamy zrobić. Najgorszą rzeczą jest obwinianie, tudzież mówienie „on, mnie zdradził!”. Dziś się dowiedziałam, że nie ma czegoś takiego jak zdrada. Z naszego punktu widzenia (ziemskiego, czyli ograniczonej świadomości) tak to wygląda, ale z Boskiego punktu widzenia nie ma. Bóg/Duch chce kochać wszystkie kobiety, chce być wolny, po prostu. Ale my jako ludzie mając ogromną potrzebę wypełnienia pustki, ogromną potrzebę zapełnienia kimś swoich ran, nie pozwalamy na wolność ani dla siebie ani dla drugiej osoby. Potem jest ogromne zdziwienie, jak ta druga osoba odchodzi (czy to do kogoś innego czy po prostu umiera).

To jest trudny temat, do zrozumienia. Ale prawdą jest, że będziemy uczyć się wolności na wszystkich poziomach, na poziomie relacji z ludźmi, partnerami, mężami, żonami (dla mężczyzn) a nawet w biznesie. Naszą naturą jest wolność, a nie usidlanie drugiego człowieka, czy siebie nawzajem.

Zaczęłam się zastanawiać co to by było, jakby wszyscy ludzie puścili swoje ograniczenia, zakazy, kościelne dogmaty i zaczęli się otwarcie (nie potajemnie) kochać z tymi, na których „mają ochotę”. Nie zwracając uwagi na to czy ta druga osoba ma rodzinę, czy nie. I wydaje mi się, że w wielu podświadomościach puściło by mnóstwo ograniczeń (nieświadomych często).

Ja wiem, że dojrzałam do tego delikatnego tematu i mimo, że być może przez wiele osób zostałabym zlinczowana, obstaję przy swoim, bo pojmuję to inną świadomością. I nie chodzi o to że nagle rzuciłabym się na każdego mężczyznę, bo to nie o to chodzi. Ale na pewno przyznanie się do tego, jeśli spodobałby mi się nawet mąż koleżanki. Co by z tego było? Nie mam pojęcia, Duch prowadzi, ale uwolnienie polega na przyznaniu się: tak, podoba mi się, mam na niego ochotę, chce się z nim kochać, bo tak czuję. Tyle. Jak ma dojść do romansu, zbliżenia, to dojdzie. Jeśli nie, to nie i żadne afirmacje, wizualizacje czy życzenia tu nie pomogą.

Pamiętam jak miałam romanse z żonatymi mężczyznami i w ogóle mi to nie przeszkadzało. Dałam im wybór czy chcą tego romansu czy nie, aby decyzja z obu stron była świadoma. I okazało się, że chcieli. Czy zrobiliśmy coś złego? Nie. Nigdy nie miałam przekonania, że to było coś złego. Z dzisiejszej perspektywy wyższej świadomości już wiem, że to była miłość (bo Bóg kocha wszystkich i wszystko i chce kochać się z różnymi kobietami czy mężczyznami).

W świecie Ducha nie ma podziałów, zaczynam to pojmować. A to, że rodzą się dzieci z różnych „związków”, to też nie jest nic złego, gdyż Bóg chce się „poszerzać”. Narodziny to Cud Istnienia i jest to piękne. Nie trzeba do tego naszych egotycznych tłumaczeń. Bóg sam wie, kto z kim ma się połączyć i z jakiego łona dzieci mają przyjść na świat. Ważne abyśmy byli coraz bardziej świadomi i świadomie (za pomocą Serca) podejmowali decyzje. Bo z poziomu Serca, Intuicji, nie ma pomyłek, błędów, odżałowanych decyzji.

Człowiek wszystko podzielił, na białe i czarne, na dobro i zło, na wierność i zdradę. Ale tego nie ma w świecie Ducha. Kiedy przychodzi wyższe zrozumienie, przychodzi integracja i jedność. Najpierw wewnętrzna, a potem zewnętrzna. I mimo ogromnego społecznego oburzenia (dla mnie braku gotowości do spojrzenia wyższym okiem) człowiek świadomy będzie inaczej postępował, czy się zachowywał. Będzie wolny, będzie robił to, na co ma ochotę, nawet kochał się z tymi, z którymi ma ochotę (będzie ich po prostu czuł Sercem). I dlatego właśnie jestem przeciwna ślubom, ponieważ one ograniczają, więzią. Osoba wolna nie potrzebuje więzi, przysięgi, gdyż nie wie, co się wydarzy za kilka dni. A może za 3 dni ta para się rozstanie? Może mąż odejdzie? Bo tak ma być. Bo Wyższa Siła tak chce…

Oczywiście niech każdy robi tak jak czuje, nie sugeruje się moimi wywodami, bo każdy ma inną świadomość na dany moment. Ja wiem, że mam przestać siebie i innych ograniczać, a w tym mojego Ducha, który chce przejawiać się poprzez różnych mężczyzn w moim życiu, a nie tylko tego jednego. Cieszę się że mogę ich poznawać, bo każdy z nich pokazuje mi inną cząstkę Boskiego Siebie. A przecież dzięki temu ja też się czegoś dowiaduję.

A co do gwałtów, bo i taka myśl mi się nasunęła, to jest to także przejaw miłości, tyle że zanegowanej. Kiedy miałam 16 lat, chłopak chciał mnie zgwałcić. Kiedy miałam 26 lat dobierał się do mnie szef po pijanemu w pracy. Tak, doświadczyłam lekkiego przejawu w stronę gwałtu. Gdy zaczęłam pracować metodą Faridy Sorany (ciemnanoc.pl) uświadomiłam sobie, że moja podświadomość jest pełna błędnych przekonań na temat miłości kobiety i mężczyzny. Przyciągałam „gwałcicieli” po to abym na nowo zrozumiała czym jest miłość, przestała się jej bać, otworzyła na miłość Ducha we mnie, a w życiu fizycznym stawiała granice i przestała być ofiarą. Temat gwałtu może być „grubszy”, w zależności od osoby, jej historii oraz lekcji, jakie ma z niej wynieść.

Moim zadaniem jest akceptacja tego, że jeśli chwilowy partner będzie miał ochotę być/kochać się z inną kobieta, czy będzie chciał odejść, to niech to zrobi. I jeśli tak podpowie mu jego dusza, to on to i tak zrobi i tak. Tak naprawdę mojego pozwolenia nie potrzebuje, bo nie jest moją własnością. Jest wolny, jak Duch. Moim zadaniem jest przestać to negować, obwiniać, przestać mówić że mnie zdradza, przestać ograniczać Jego wolność i Jego samego. Jeśli ja boje się jego odejścia czy bólu po „zdradzie” to ja mam z tym problem, nie on. To moja pustka woła o miłość, o ukochanie o napełnienie.

Doświadczając odejścia wielu mężczyzn w moim życiu, doświadczając odejścia tego którego tak kochałam, a który wybrał inną i z nią ma dziecko, dowiedziałam się tak naprawdę o sobie. O tym, że to ja mam problem z brakiem harmonii w mojej duszy i brakiem miłości w moim sercu. Żaden mężczyzna jej nie wypełni, dopóki ja nie uświadomię sobie, jak wygląda Moja Prawda. A jest nią wolność, na każdym poziomie.

Być może nigdy nie będę z jednym mężczyzną całe życie, ale czy to jest powód do smutku? Duch mi mówi, że właśnie nie. To powód do radości, bo oznacza to tylko że tworzy się przestrzeń bym poznawała mężczyzn (przejaw Ducha) z różnorodnym Jego aspektem Boskości. I wiem, że w każdym z nich coś cennego odnajdę, nie tylko swoje lustro ale i nowy przejaw Boga który będzie stale się rozwijał, bo On tak chce. Bo Bóg chce się poszerzać, poprzez ludzi.

Moja akceptacja wzrasta cały czas dla Jego nauk, które są totalnym zaprzeczeniem tego co dowiedziałam od społeczeństwa, rodziny, szkoły czy kościoła. Nauka nie ma końca a jest tak niezwykłym odkrywaniem tego co nieznane, że aż chce mi się żyć, kochać, być, oddychać i po prostu pozwalać by Duch przejawiał się przeze mnie tak jak tylko chce. Kiedy tak będzie to będę szczęśliwa zarówno ja jak i ON. Ten który mnie stworzył przysłał tutaj w swoim wybranym i wyjątkowym celu. Za co dziękuje Mu po stokroć, bo rozwalił moją świadomość i życie po to bym odrodziła się na nowo.

Jeszcze coś na koniec: zdarza się że kobieta zakochana jest w 2 mężczyznach naraz i obu kocha na swój sposób. Nie może się zdecydować, nie wie którego wybrać. I na danym etapie próbuje wybierać pierwszego lub drugiego. Tylko pytanie, po co? Kiedy zmieni się jej świadomość, nie będzie musiała wybierać. Po prostu będzie kochała ich obu i dawała im tę miłość z serca, obojgu i każdy z nich dostanie jej w takiej ilości, w jakiej zajdzie taka potrzeba. Jeśli te 3 osoby będą świadome, nikt do nikogo nie będzie miał o nic pretensji, nie będzie obwiniał o zdradę ani o nic innego. Miłość (energia seksu również) będzie przepływała swobodnie. Oczywiście podziała to również dla świadomego mężczyzny zakochanego w kilku kobietach jednocześnie. I nie będzie w tym nic złego, grzesznego, niedobrego. Bo to tylko oznacza przejaw niezwykłej Boskości w człowieku, ogromnej ilości miłości, którą chce obdarzać innych. Nic więcej. Wyższa Świadomość właśnie tak pojmuje to, co my swoim umysłem często negujemy. Wydaje mi się, że gdy puszczą przywiązania, czy przekonania typu: „on/ona jest mój/moja” to tak relacje mogą wyglądać. Na pewno będą swobodne, wolne, wolne od uwiązań, przywiązań, przekonań o tym kto czyj jest. Bzdura. Nikt nie jest niczyim niewolnikiem. I to na pewno zrozumiemy w odpowiednim czasie swojego życia. :)

 
 

Jak stać się, poczuć w pełni kobiecą?

04 cze

16864912_1565304673483038_1114757376423896083_n

Kiedy urodziłam się 36 lat temu, byłam śliczną, małą dziewczynką. Przez pierwsze lata ubierana byłam w sukienki, spódniczki, strojona na dziewczynkę. Byłam naprawdę śliczna, brązowe, duże oczy, okrągła buzia. Patrząc na swoje zdjęcia, widzę różne zmiany w sobie.

Były okresy, kiedy wyglądałam jak chłopczyk. Kiedy na dodatek zostały mi ścięte włosy na krótko, to całkiem wyglądałam jak chłopczyk. Pamiętam, jak miałam ok.12 lat, poszłam z mamą na targ aby kupić sobie buty (miałam jechać na kolonie nad morze). Byłam ubrana raczej na sportowo i miałam czapeczkę z daszkiem. Podeszliśmy do stołu z butami, a sprzedawca zapytał moją mamę: potrzebuje pani butów dla tego chłopczyka? I wskazał na mnie palcem. Nie zapomnę mojego wstydu, upokorzenia, rozczarowania. Jak mógł tak mnie pomylić!

Ale faktycznie w stroju sportowym, z czapeczką z daszkiem na głowie wyglądałam chłopięco. Tak naprawdę nie zdawałam sobie z tego sprawy, że podświadomie próbowałam odpowiedzieć na marzenia mojej matki, mianowicie ona chciała mieć chłopca, nie dziewczynkę. Jak wiadomo, z matką jest połączenie energetyczne bardzo silne, więc wszystko przepływa do dzieci.

Prawdą jest to, że odkąd pamiętam to bardzo lubiłam ubierać się na sportowo, bawić się z chłopakami, bawić się klockami, a z czasem pasjonowałam się motoryzacją. Wielu przekonań nieświadoma, byłam w ciele dziewczynką, ale też gdzieś nieświadomie energetycznie chłopcem. Na dodatek toksyczność mojej matki sprawiła, że wszystkie aspekty kobiece mocno się „skurczyły”.

O czym mówię? Ano o tym, że dziewczynka, a potem kobieta jest delikatna, wrażliwa, intuicyjna, ufna, pełna miłości, serdeczności, łagodności, otwartości, otoczona opieką, czuje się kochana. To oczywiście ideał, ale są to cechy żeńskie. Niestety wychowała mnie toksyczna matka, nadopiekuńcza, agresywna, kontrolująca, władcza, szantażująca, stosująca przemoc. Jest to totalne zachwianie wewnętrznej kobiecości, a więc o pełni kobiecości we mnie nie było mowy.

Stałam się energetycznie chłopcem, dlatego że przy takiej matce musiałam o wszystko walczyć. Nie mogłam robić w pełni to co chciałam, bo wszystko było mi narzucone. Nie mogłam rozwijać swojej ciekawości, radości życia, gdyż negatywizm, kontrola, poczucie zagrożenia jakie miała moja matka silnie na mnie przeszło. Kiedy ubierałam się kobieco (próbowałam) czy robiłam makijaż, to za każdym razem słyszałam mocną krytykę. O bardziej obcisłych ubraniach, czy mini, bluzki z głębokim dekoltem nie było mowy! Więc jak tu uwierzyć w swoją kobiecość?

Dziewczynka, która czuje się kochana, nie musi o nic walczyć, jest otwarta, ufna, pełna ciepła i serdeczności. To właśnie miłość ją tak napełnia, że kobiecość rozwija się razem z nią. Oczywiście jak tak nie miałam. Jaki był efekt? Zaburzenia. Po pierwsze: wyglądałam jak męska kobieta: silne męskie rysy twarzy, ciemne owłosienie na ciele (niestety damski wąsik). Moja budowa ciała trochę była męska: małe piersi, a szerokie biodra, duży (typowo męski) brzuch, grube uda. To jest efekt również noszonych w ciele i zakamuflowanych ran, bólu, żalu które były ściśnięte i nie wyrażone. Po sobie wiem, że gromadzą się w okolicach brzucha, ud i na biodrach. Kobiecość w tym wypadku zostaje „zgwałcona” poprzez typowo męską sylwetkę. Poza tym kiedy kobieta ma poczucie że wszystko spoczywa na jej barkach, nie ma wsparcia męskiego, nie czuje się kochana, wówczas przybiera (nieświadomie) sylwetkę i zachowanie trochę męskie. To jest poczucie: „że ja wszystko muszę” i niestety wiele z tych „muszę” gromadzi się w ciele.

To dlatego tak wiele kobiet ma ogromne problemy z tuszą właśnie w okolicach ud, bioder, brzucha. Tam jest wszystko nagromadzone. I nie ma to aż tyle wspólnego z jedzeniem, jak się wydaje. Chyba, że się zajada emocje – tak jak ja, wtedy rośnie i brzuch i biodra i uda i pupa. I wygląda się mało atrakcyjnie, mało kobieco, a nawet męsko – tak jak ja. Niektórym kobietom pasuje sylwetka XXL, ale wówczas wszystko jest ładnie dopasowane, proporcjonalne i naprawdę efektownie wygląda, ale jest to bardziej naturalnie. Przy zaburzeniach wygląda to nienaturalnie.

Na dodatek ścinałam wiecznie włosy na krótko, bo wydawało mi się, że mi pasuje i ładnie wygląda. Nieprawda! Włosy ani nie chciały się układać, ani mi to nie pasowało, do mojej okrągłej buzi! Do tego trafiałam na mało profesjonalne fryzjerki które uparcie twierdziły fryzura na boba i koniec. Ok, profesjonalista wie lepiej, tak myślałam. Zobaczyłam to wszystko w innym świetle po wielu latach gdy porównałam swoje zdjęcia w różnego okresu. Gdy miałam 18 lat to miałam dłuższe włosy, bo chciałam mieć długie na swoją „18”tkę. Po wielu latach je ścięłam na bardzo krótko i próbowałam układać na żele, pianki itp. Obecnie mając inną świadomość, widzę różnicę. Krótkie włosy nie dodają mi uroku, a jeszcze bardziej sprawiają, że wyglądam „męsko”. Natomiast włosy dłuższe już choćby do ramion upiększają mnie, uatrakcyjniają pod względem kobiecości. I dlatego właśnie nie można patrzeć na modę, tylko na to co, komu pasuje. Moda „gówno” ma do tego, bo każda kobieta ma inny urok osobisty i powinna go podkreślać, a nie niweczyć!

Polecam sprawdzone, mądre stylistki, mądre fryzjerki tak aby pomagały delikatnie i naturalnie upiększyć, a nie robiły z kobiet „lalki”. Bo to akurat bardzo brzydko wygląda i nienaturalnie.

A po drugie: przyciągałam żeńskich mężczyzn (mają dziwnie wysoki głos, zachowują się trochę jak kobieta, są wrażliwi, często płaczą, są nazbyt emocjonalni i wyglądają trochę kobieco). To wszystko dzieje się nieświadomie, ale tak właśnie jest. I tak miałam. Co z tego że marzyłam o silnym, męskim mężczyźnie, jak sama wyglądałam jak chłopczyca i na dodatek wiązałam się z żeńskimi mężczyznami bo takich po prostu przyciągałam do siebie? Moje związki nie były satysfakcjonujące, ponieważ nie czułam się spełniona jako kobieta. Ba! Czy ja się zawsze czułam kobietą? Nie! Były okresy, gdy czułam się jak 11-letni chłopiec!

Dopiero zrozumienie, praca nad emocjami, praca z wewnętrznym dzieckiem, pomogła mi zrozumieć co chowam i dlaczego nie wyglądam w pełni kobieco, a na dodatek przyciągam żeńskich mężczyzn.

Po latach widzę różnicę: moja buzia zmienia się na bardziej kobiecą. Moje ciało, gdy zostaje zaopiekowanie przeze mnie, ukochane a emocje „rozpracowane”, wówczas staje się szczuplejsze. Od razu dostaję też sygnały od ciała, co mi służy jeśli chodzi o jedzenie. (Nie mogę jeść zbyt dużej ilości węglowodanów, gdyż od razu puchnę a także dużej ilości cukru oraz soli). Wszelkie używki odstawiłam (papierosów nie palę, alkohol odstawiony 5 lat temu, a kawy nie lubię) dlatego że moje ciało tego nie toleruje.

A co w tym jest najważniejsze? Ukochanie siebie. Miłość naprawdę leczy, uzdrawia, upiększa. Kiedy kobieta jest kobieca, wtedy nawet delikatny makijaż ją upiększa. Kiedy jest agresywna, zmęczona, zbyt „męska”, wówczas nawet makijaż nie pomoże. Te wnioski wyciągnęłam ze swoich doświadczeń i widzę że u mnie tak było.

Aby stać się kobiecą kobietą (co widać po buzi chyba najbardziej) musiałam pozbyć się kontroli w moim życiu na rzecz zaufania, rozpracować lęki na rzecz spokoju wewnętrznego. Nauczyłam się słuchać Intuicji, być bardziej otwarta na świat, na ludzi, na znaki i synchronie, a także uczę się od nowa serdeczności, ciepła i radości. Jestem kobietą silną, więc potrafię krzyknąć, ale wiem że ma to być w wyjątkowych sytuacjach, gdy ktoś przekracza moje granice. Swoją agresję uczę się wyładowywać i wtedy gdy pojawia się spokój, moje ciało relaksuje się i zmienia.

Pomogło mi na pewno uświadomienie sobie tego, że byłam chłopczycą. Że to matka chciała chłopca, że ja gdzieś podświadomie negowałam kobiecość, seksualność (miałam przekonania o tym, że seks jest grzechem – kościelne przekazy, co jest oczywiście nieprawdą, bo seks to przyjemność jak każdy wie) i to niestety wpływało na mnie, na moje emocje, psychikę, na moje zachowania a nawet ubiór. Dopiero kilka lat temu zaczęłam ubierać się świadomie w spódnice, sukienki i podoba mi się to! Nie używam zbyt wielu kosmetyków (chyba że bardziej naturalne) bo moja skóra tego nie chce. Ale zamiast nich stosuję jeden krem. Jego nazwa brzmi: MIŁOŚĆ. Tak! Sprawdzone! Testowane i działa!

Każda miłość (czy to własna czy ze strony najbliższych) naprawdę leczy i uzdrawia. Kiedy kobieta jest kochana to jej uroda pięknieje, ma blask na twarzy, jest radosna, szczęśliwa. Jak dla mnie to najważniejsza recepta na odzyskanie urody, zdrowia i poczucia kobiecości. A kiedy kobieta w pełni czuje się kobietą i chce nią być (czyli świadomie się na to zgadza co oznacza że nieświadome wzorce zostają uzdrowione) wówczas zaczyna się inaczej zachowywać, przyciąga męskich mężczyzn i staje się bardziej łagodna.

Właśnie taką lekcję daje mi moja toksyczna (tak, równie męska) matka która myśli, że to ona musi mieć kontrolę nad wszystkim. Nie. Rolą kobiety jest ponownie zaufać życiu, stać się spokojna, radosną, ciepłą, serdeczną, spełnioną. Wiem że to można zrobić, że da się, nawet mając rodzinę i dzieci ( o czym coraz częściej czytam na innych blogach). Ale krok pierwszy: ukochanie siebie, prawdziwe, szczere, autentyczne. Wyrażanie swojej prawdziwej natury i kobiecości na zewnątrz nie w sposób agresywny, tylko delikatny, spokojny, zgodny z prawdziwą naturą, jaką mamy.

Kiedy widziałam w sobie męską kobietę, zastanawiałam się jak to zmienić. Nie pomogły mi kosmetyki, porady specjalistów od dermatologii, tylko właśnie własna miłość. Ona działa, bo widzę efekty, zmieniam się, bo czuję większe poczucie opieki, wsparcia, a to z kolei prowadzi do zaufania do życia, które jest dobre.

Bo tak naprawdę kobietę wypełnia Duch, a gdy idzie się za Jego głosem, znakami, tudzież Intuicją, to właśnie ten Duch wlewa w kobietę ten dar uroku na widok którego mdleją mężczyźni. Widzę to po swoich koleżankach i tak właśnie jest! I od nich także się uczę, że Miłość, Spełnienie w życiu wypełnia kobietę i daje jej po prostu to o czy marzy.

Każdej z Was tego życzę <3